STRADUNIA
Nasza wieś... Wasz Świat !!!

Hyde park:) różniste:) - Opowiedz mi swoją historię

Romano - Sro 01 Paź, 2008 08:54
Temat postu: Opowiedz mi swoją historię
Pierwsza opowieść

Eks - uczestniczka "Tańca z gwiazdami" Sylwia Gruchała (27 l.), po porażce w tanecznym show, chce wyjechać z Polski. Powodem emigracji florecistki jest... miłość.

Sylwia Gruchała jest obecnie w związku z Włochem: "Mam związek na odległość, jesteśmy razem mniej więcej dziesięć dni na miesiąc, w dwóch porcjach. Latamy samolotem między Neapolem a Gdańskiem. Dzieli nas też bariera językowa. Luigi nie mówi po polsku, ja nie mówię po włosku, rozmawiamy po angielsku" - tłumaczyła w wywiadzie dla "Gali".

"Przyszedł taki moment, kiedy wydawało mi się, że to nie ma sensu. Rozstaliśmy się na pięć miesięcy, ale ta miłość okazała się silniejsza. Zapisałam się na lekcje włoskiego" - dodała.

Obecnie florecistka planuje wyjazd. W Polsce nie trzyma jej już nic. Rozstała się w gniewie ze swoim trenerem Tadeuszem Pagińskim, ostro skrytykowała Polski Związek Szermierczy zarzucając pijaństwo, libacje, lekceważenie zawodników, prywatny folwark prezesa...

"Chcę jechać do Włoch, już się zdecydowałam. Nie można w nieskończoność ciągnąć związku na odległość. Ważna jest bliskość, takie zwyczajne bycie ze sobą, spędzanie razem czasu, budzenie się obok siebie.

Drobiazgi dnia codziennego cementują, wtedy rodzi się przyjaźń potrzebna w miłości. Wierzę, że wszystko można pogodzić".

Dla Gruchały to miłość jest teraz najważniejsza. Dla niej zdecydowana jest swoje życie układać poza granicami kraju: "Mogłabym trenować we Włoszech, ale walczyć dla Polski, to tylko kwestia organizacyjna, ale mój związek musiałby się zgodzić na taki układ.

Na razie jestem jeszcze zmęczona, a w takich stanach nie podejmuję żadnej ważnej decyzji. Mam jeszcze dwa miesiące przerwy w sporcie, potem wszystko poukładam".

A jaka jest Sylwia Gruchała w relacjach międzyludzkich?

"Z natury jestem osobą władczą. W poprzednim związku zawsze musiało być tak, jak ja chcę, nie potrafiłam ustępować nawet w drobiazgach. To ma katastrofalne konsekwencje. Mój były partner zaczął żyć moim życiem.

Cały swój czas, całą swoją energię skupił na mnie. W pewnym sensie sama do tego doprowadziłam, ale nieświadomie. Nie kontrolowałam swojej dominacji. Poświęcenie w związku jest fajne, ale są granice, których nie należy przekraczać. Każdy musi mieć swój własny świat, swoje zajęcia. Nawet w najbardziej szalonej miłości nie wolno zapominać o sobie".

Florecistka dodaje, że jej zmorą są chandry, z którymi często nie potrafi sobie radzić: "W uczuciach jestem maksymalistką - albo cholernie szczęśliwa, albo zupełnie zdołowana. Mam huśtawkę nastrojów i tego u siebie nie cierpię. Lubię, kiedy jestem poukładana, mam wolę do życia, mnóstwo energii. Nie lubię, kiedy mam słabsze dni, źle się czuję i nawet nie wiem dlaczego" - wyznała.

"Wtedy zaszywam się w domu, nie wychodzę - i to jest najgorsze - ucieczka od ludzi. Pracuję nad tym. Ostatnio, jak mnie dopadło, od razu złapałam za telefon, zadzwoniłam do przyjaciółki, wygadałam się i kryzys minął".

Przyznacie,że opowieść z życia...Wiele elementów także z naszego(te do wyeliminowania) opowiedziane po ludzku z właściwą dozą krytyki.

Kto dopisze nastepną?

agger - Sob 11 Paź, 2008 16:22

Jezus jest Panem !!!

Alleluja!!!
Czytając świadectwa na stronie Adonai.pl postanowiłam napisać również swoje świadectwo. Nie jest mi łatwo, bo to wszystko co napiszę jest bardzo "świeże" w moim życiu. Moje problemy zaczęły się bardzo wcześnie. Nie pamiętam dokładnie ile miałam wtedy lat. Gdy byłam jeszcze malutkim dzieciaczkiem dzieliłam pokój z rodzicami i młodszym bratem. Mieliśmy tylko jeden pokój dlatego musiałam spać z bratem w jednym łóżku. Dzieci na ogół są bardzo ciekawskie anatomii. I od tej niedopilnowanej ciekawości się zaczęło. Co się zaczęło? "Chwalenie się" swoją seksualnością, sprawianie sobie nawzajem przyjemności. Małe dzieci nie wiedziały, że robią coś złego, a robiły to tak dyskretnie, że rodzice nie zauważyli niczego podejrzanego (niestety, bo nie byłoby innych problemów).

Wraz z bratem dorastaliśmy. Przez pewien czas "daliśmy sobie spokój". Ale potem rodzice kupili Dekoder Polsatu co się łączyło z innymi programami, także tymi pornograficznymi. Zaczęłam często na te programy zaglądać. Wkręciłam się. Potem wciągnęłam brata. W między czasie dostaliśmy jeszcze jeden pokój. Już nie dzieliliśmy pokoju z rodzicami. Miałam z bratem osobne łóżka, ale wspólny pokój. Wyszłam z inicjatywa ponownego sprawiania sobie "przyjemności". Molestowałam brata. Gdy miałam ok.13 lat zauważyłam, że coś jest nie tak. Po każdym incydencie z bratem płakałam rzewnymi łzami. Nie wiedziałam jak sobie dać z tym rade. Często się to powtarzało. Zaczęłam przepraszać Boga i błagać Go, aby mi pomógł. Przez długi czas nie chodziłam do spowiedzi. A jeśli już poszłam to nie mówiłam tego co powinnam powiedzieć, potem przystępowałam świętokradzko do Komunii. W szkole zawsze sobie radziłam. Wszystko było w tej kwestii ok. W którymś momencie zaprzestałam grzeszyć z bratem. Zaczęła się masturbacja, której i wcześniej nie brakowało. Zdarzało się, że dokonywałam tego czynu nawet kilka razy dziennie. To było dla mnie straszne. Ale ciągle nie byłam w stanie się z tego wyspowiadać.

Dopiero gdy mając 15 lat pojechałam na 1st OAZY NOWEGO ŻYCIA powiedziałam w konfesjonale NAMIASTKÊ tego co złego zrobiłam. Gdy odeszłam od konfesjonału czułam się "lżej" ale zaraz przyszła myśl, że nie wyznałam wszystkiego. W między czasie doszła pornografia w Internecie. Coraz mocniejsze zdjęcia, filmy. W którymś momencie dalszego życia przystąpiłam do spowiedzi generalnej. Ale niestety Zły mimo to mnie powstrzymał od powiedzenia wszystkiego. Byłam tym załamana i czułam się beznadziejnie. Na 2st ONŻ poznałam wspaniałego Kapłana. Bardzo mu zaufałam. Byłam pewna, że to jest Kapłan, który mi pomoże powrócić do Jezusa. I tak było. Pewnego pięknego dnia (a było to bardzo niedawno) do niego poszłam. Usiedliśmy u niego w pokoju, a ja zaczęłam coś mówić. Nie mogłam niektórych słów wymówić. Nie chciały mi przejść przez gardło. Spowiednik złapał mnie za rękę, mocno ścisnął i nawet zadawał "pomocnicze pytania" aby mi pomóc w wyznaniu wszystkiego. Po spowiedzi chciało mi się płakać z radości. Ksiądz mnie przytulił. Poczułam się tak jakby przytulał mnie sam Jezus, który właśnie przed chwilą zapomniał moje grzechy, Jezus, który kocha mnie taką jaka jestem.

Z grzechem masturbacji zmagam się nadal. Nie jest łatwo. Często miewam pokusy. Ale teraz już wiem, że Jezus mnie kocha z moimi słabościami. Gdy teraz to piszę mam wypieki na twarzy. Od kilku miesięcy mam chłopaka... To mnie bardziej mobilizuje do walki o czystość. Gdy czuje, że jest mi bardzo ciężko mogę napisać smsa do księdza, u którego przystąpiłam do tej SZCZEREJ spowiedzi, teraz jest on moim stałym spowiednikiem. Grzechy, które popełniałam jako dziecko i w późniejszym wieku, pozostawiły głębokie rany w moim sercu. Nie jest łatwo mi z tym wszystkim. Ale dzięki temu, że Jezus mnie kocha i, że doświadczam Jego Miłości jest mi o wiele łatwiej. Jestem pewna, że On uleczy mnie całkowicie. Że uwolni mnie ze zniewolenia, i Swoją Miłością uleczy rany, które w sobie noszę. JEZUS MNIE KOCHA!!! I CIEBIE RÓWNIEŻ!!! ZE WSZYSTKIMI NASZYMI SŁABOŚCIAMI!!! Bo BÓG JEST MIŁOŚCI¡!!! Chwała Panu!!!




Ania (17 lat)

Włodek Lubański - Pon 27 Paź, 2008 11:48

POMNIK PSA DŻOKA - legendy Krakowa, najwierniejszego z wiernych...
Te wszystkie opisane tu wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości. Historia tego psiaka jest naprawde wzruszająca, pokazuje jak wielkie serce mają nasi czworonożni przyjaciele. To zdarzyło się późną jesienią w 1991 roku - wspomina Anna Baranowska, kierownik Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. - Dostaliśmy sygnał, że w okolicach ronda Grunwaldzkiego błąka się pies i nie pozwala się złapać. Podejmowaliśmy próby, ale zawsze nas przechytrzył. Wkońcu zaczęły docierać do nas informacje, że pies był świadkiem, jak przy rondzie Grunwaldzkim karetka zabrała jego pana. Dżok na niego czekał. Pan Dżoka jednak już nigdy nie wrócił, zmarł w drodze do szpitala.Pani Ania wspomina, że Kraków podzielił się wtedy na dwa obozy. Jedni uważali, że Dżoka należy złapać i oddać do azylu. Drudzy, że należy go zostawić w spokoju. Ta druga opcja, z powodu trudności ze złapaniem psa, zwyciężyła.Krakowianie wybudowali na rondzie budę, przywozili psu koce i jedzenie. Dżok mieszkał na owalnym skwerze i ciągle czekał na pana. Uważał na samochody i tramwaje. Nie utrudniał ruchu.
O wiernym Dżoku pisała prasa, wiadomości o nim przekazywała telewizja. Dżokiem interesowały się zagraniczne media. Dopiero Wianki nad Wisłą zmiękczyły niezłomnego psa. Po nocy pełnej wybuchów petard postanowił pójść za panią Miller, która codziennie przynosiła mu jedzenie. Pomaszerował za nią do jej mieszkania w kamienicy na ul. Dietla i zgodził się tam zostać. Postawił" jednak swoje warunki. Nigdy nie pozwolił założyć sobie obroży, ani smyczy. Chciał być wolny. Dżok mieszkał z panią Miller pięć lat. Gdy zmarła, pracownicy TOnZ chcieli zabrać psa do luksusowego hotelu dla zwierząt. Gdy ten wyczuł co się święci, uciekł.- Szukał go cały Kraków opowiada Anna Baranowska. Nie mogliśmy uwierzyć, gdy znaleziono go martwego na torach. Wpadł pod pociąg na prawie nie uczęszczanej trasie... Jego historia stała się legendą Krakowa, niektórzy twierdzą że psie serce nie wytrzymało kolejnej rozłąki i specjalnie wskoczyło pod jadący pociąg.... Dżok został pochowany na terenie schroniska dla Zwierząt w Krakowie. Jego historia poruszyła wielu ludzi, którzy postanowili upamiętnić tę wzruszającą psią wierność. Powstał pomysł wystawienia Dżokowi pomnika, początkowo nie uzyskał on jednak aprobaty władz miasta. Wtedy w akcję popierającą postawienie pomnika włączyły się ogólnopolskie media, wiele organizacji (np. Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami), znanych osób (m.in. Zbigniew Wodecki, Jerzy Połomski) i oczywiście mieszkańców Krakowa.
Pomnik wykonał prof. Bolesław Chromy, jeden z najbardziej znanych krakowskich rzeźbiarzy, . Postawiono go na wiosnę 2001 roku - dokładnie w 10 rocznicę opuszczenia przez Dżoka ronda. Odsłony dokonał przedstawiciel psiej nacji, owczarek Kety. Podpis pod pomnikiem krótko opisuje historię wiernego mieszańca: brzmi

Pies Dżok

Najwierniejszy z wiernych
Symbol psiej wierności

Przez rok /1990-1991/ oczekiwał
na Rondzie Grunwaldzkim na swego Pana,
który w tym miejscu zmarł ...

Romano - Pon 27 Paź, 2008 12:05

Buziak na szczęście



Kolejka trzęsie i podskakuje, jej koła bardziej zawzięcie niż zwykle zgrzytają na stalowych szynach. Wokół nas zima. Posępna zatoka Arsta z okien pędzącego pociągu wygląda jak lodowata otchłań. Wagon wypełniony jest zziębniętymi, znudzonymi i obojętnymi na wszystko pasażerami. Dzień dobry!

Nagle jakiś chłopczyk zaczyna się przeciskać między nogami nieprzyjaznych starszych osób - takich, co to niechętnie zrobią trochę miejsca - i siada przy oknie. Sam pośród rozeźlonych wczesną porą dorosłych. Ale zuch - myślę. Jego ojciec stoi przy drzwiach za nami. Pociąg, kiwając się, wjeżdża w podziemny świat tuneli.

Nagle zdarza się coś zupełnie niespodziewanego. Poważny mały chłopiec zsuwa się z siedzenia i kładzie dłoń na moim kolanie. Przez chwilę myślę, że chce wrócić do ojca, więc robię mu przejście. Jednak malec pochyla się do przodu i wyciąga głowę w moim kierunku. Następna myśl: Pewnie chce mi coś powiedzieć na ucho. Ach, te dzieci... Pochylam się, aby go wysłuchać. I znów pomyłka! Zamiast tajemniczej wiadomości otrzymuję głośnego buziaka w policzek.

Chłopiec jak gdyby nigdy nic siada z powrotem na swoim miejscu i dalej patrzy w okno. Ja zaś jestem kompletnie oszołomiony ze zdumienia.

O co tu chodzi? Małe dziecko w czasie podróży metrem obdarza pocałunkiem zupełnie nieznaną dorosłą osobę. Komu przyszłoby do głowy całować takie nieprzystępne typy jak my - poranni pasażerowie. Jednak wkrótce wszyscy siedzący obok mnie podróżni również dostają po buziaku. Zdezorientowani, uśmiechamy się nerwowo do ojca dziecka, który sposobiąc się do wyjścia dostrzega nasze pytające spojrzenia i spieszy z wyjaśnieniem.
- On się tak bardzo cieszy, że żyje - mówi. - Bardzo ciężko chorował.

Po chwili tata z synem znikają w tłumie ludzi wysiadających z wagonu. Na policzku wciąż czuję ciepło pocałunku sześciolatka - pocałunku, który poruszył moją uśpioną duszę.

Czy dorośli potrafiliby obcałowywać się ze zwykłej radości, że chodzą po tym świecie? Ilu w ogóle zastanawia się, jakim darem jest życie? Całe zdarzenie przywodzi na myśl scenę z powieści Svena Delblanca - Rzeka pamięci, w której pewien mężczyzna, jadąc pociągiem, składa gazetę, pochyla głowę i zaczyna płakać. Co by się stało, gdybyśmy wszyscy odważyli się być sobą, bez żadnych zahamowań? Na pewno zapanowałby totalny chaos.

Ten mały chłopiec rozdający buziaki dał nam słodkie, choć całkiem poważne ostrzeżenie: Uważajcie, abyście nie umarli, zanim przestanie bić wasze serce! I nagle powód, dla którego dzieciom łatwiej dostąpić Królestwa Niebieskiego, wydał mi się zupełnie oczywisty.


/Dag Retso/

agger - Sob 01 Lis, 2008 10:35

Szczeniaki na sprzedaż



Właściciel sklepu przytwierdził nad wejściem tabliczkę z napisem: "Szczeniaki na sprzedaż".
Takie ogłoszenia zazwyczaj przyciągają dzieci, toteż niebawem w sklepie pojawił się mały chłopiec.
- Po ile pan sprzedaje swoje szczeniaki? - zapytał.
- Tak po 30 do 50 dolarów - odparł właściciel.
Chłopczyk sięgnął do kieszeni i wydobył z niej kilka drobnych monet.
- Mam 2 dolary i 37 centów - powiedział. - Czy mógłbym zobaczyć te pieski, proszę pana?
Sprzedawca uśmiechnął się i zagwizdał. Z budy wyszła Lady. Truchtem pobiegła przez sklep,
a za nią potoczyło się pięć malusieńkich, drobniuteńkich kuleczek.
Jedno ze szczeniąt wyraźnie zostawało w tyle. Chłopiec natychmiast wskazał na nie nadążającego
za resztą, kulejącego psiaka i spytał:
- Co mu się stało?
Właściciel wyjaśnił mu, że badał go już weterynarz i okazało się, że psiak ma niewłaściwą budowę biodra.
Zawsze już będzie kulał, na zawsze pozostanie kaleką.
Chłopiec zapalił się natychmiast.
- Właśnie tego szczeniaka chciałbym kupić! - oznajmił.
- Nie, nie. To niemożliwe, byś chciał kupić tego pieska - odparł sprzedawca. - Jeśli naprawdę ci na nim zależy, po prostu ci go dam.

Chłopczyk wyglądał na poważnie zdenerwowanego. Spojrzał właścicielowi prosto w oczy i wskazując palcem, odezwał się:
- Nie chcę, żeby pan mi go dawał. Ten piesek jest wart co do grosza tyle samo co pozostałe szczeniaki i zapłacę za niego całą sumę.
Właściwie, to zapłacę panu teraz tylko 2 dolary i 37 centów, lecz co miesiąc będę przynosił 50 centów, dopóki go nie spłacę.
Sprzedawca zaoponował:
- Ależ ty nie możesz chcieć takiego psa. On nigdy nie będzie mógł biegać, skakać, bawić się z tobą tak, jak inne szczeniaki.
Chłopczyk schylił się i podwinął lewą nogawkę spodni, odsłaniając kaleką nogę, wspieraną dużą metalową klamrą. Spojrzał na właściciela sklepu i odparł cicho:
- Cóż, ja sam dobrze nie biegam, a ten szczeniak potrzebuje kogoś, kto to zrozumie!

Dan Cla

Romano - Wto 18 Lis, 2008 08:56

Poniedziałek, 17 listopada (22:32)

Kuba Błaszczykowski w ostatnich tygodniach zasygnalizował naprawdę wysoką formę. Pod nieobecność doświadczonych graczy, to on może być wiodącą postacią kadry Leo Beenhakera. - Chcielibyśmy zakończyć ten rok zwycięstwem - deklaruje 23-letni zawodnik.

Niedawno Błaszczykowski doznał kontuzji w meczu z Herthą Berlin. Polski pomocnik został uderzony w twarz przez Marca Steina i z zakrwawionym nosem opuszczał plac gry.

- W telewizji wyglądało to koszmarnie...

- Każde złamanie, tym bardziej nosa, kiedy leje się krew może tak wyglądać. Wszystko już jest w porządku. Nie ma tragedii.

- To nie przeszkadzało Ci grać na bardzo wysokim poziomie w ostatnich meczach.

- Różnie z tym bywało. Przeszkadzała mi ta maska. Nie ukrywajmy tego - nie gra się z tym zbyt przyjemnie. Przede wszystkim ogranicza pole widzenie i to był ten mankament, który uniemożliwił mi grę na swoim poziomie.

- Inni dostrzegają to, że grasz dobrze. Twoje nazwisko pojawia się kontekście ewentualnych transferów. Czy coś mógłbyś powiedzieć na ten temat?

- O niczym tak na dobrą sprawę nie wiem.

- To znaczy, że na razie nikt się jeszcze z Tobą nie kontaktował?

- Nie. Na razie jestem zawodnikiem Borussii. Dobrze się tam czuję, więc spokojnie do tego podchodzę.

- Lubisz posłuchać Beatles'ów?

- Powiem szczerze, że to nie moje lata. Ciężko bym znał na pamięć jakąś ich piosenkę. Jedną płytę już dostałem.

- Pewnie gdybyś grał w Liverpoolu, to dostałbyś całą kolekcję?

- Nie lubię spekulować. Nie lubię się odnosić do spekulacji, więc nie chcę tego komentować. Ja osobiście o niczym nie wiem.

- Za dwa dni mecz z Irlandią. Ostatni w tym roku. Zaczęliście rok od wygrania z bardzo mocnymi Czechami na Cyprze. Później różnie się to układało. Było Euro, był kolejny mecz z Czechami, nieszczęsna Słowacja. Jak chcecie zakończyć ten rok?

- Nie był to szczególnie udany rok. Zdajemy sobie z tego sprawę. Chcielibyśmy zakończyć ten rok zwycięstwem. Chcielibyśmy to zrobić również dla naszych kibiców. Gdzie nie gramy, to zawsze jest ich dużo i możemy na nich liczyć.

Myślę, że trener dobiera przeciwników w kontekście przyszłorocznych meczów eliminacyjnych. Pierwszy mecz gramy z Irlandią Północną, która prezentuje podobny styl do Irlandii. Sądzę, że Irlandia jest trochę mocniejszą drużyną, ale takie przetarcie z silniejszym rywalem się przyda.

- Co można się dowiedzieć na pięć miesięcy przed meczem z Irlandią Północną po takim meczu, jak w środę?

- Przede wszystkim chodzi o to przetarcie. To jest wyspiarski styl. Nastawiony na walkę. Tak mi się wydaję, że w meczu z Irlandią Północną będziemy zmuszeni, by prowadzić grę. Drugą rzeczą jest to, że będziemy grać w Irlandii Północnej, więc teraz możemy oswoić się z warunkami. Tutaj są trochę inne boiska, bardziej grząskie. Z tego co wiem jeszcze będziemy grać z Walijczykami. Trener wie, jak nas dobrze przygotować do tych meczów eliminacyjnych.

- To miał być mecz towarzyski, ale bardzo poważnie potraktowany tak, jak o punkty i nagle w ostatniej chwili z powodu kontuzji wypada trzech podstawowych zawodników - Michał Żewłakow, Rafał Murawski i Ebi Smolarek.

- Jest to dla nas osłabienie, ale i szansa dla zawodników, którzy mniej grali. Teraz mają pokazać się trenerowi i zaprezentować, że warto na nich stawiać. Taka jest piłka i nieszczęście innych powoduje szansę dla innych. Oby tak było w tym środowym meczu, żeby ci zawodnicy, którzy mniej grali mieli szanse na zaprezentowanie się z dobrej strony trenerowi.

- Mówiłeś, że dla reprezentacji to był rok wzlotów i upadków, ale dla Ciebie przynajmniej jesień jest taka, że chociaż nie lubisz pochwał, to je zbierasz. Wszystkie oczy są na Ciebie zwrócone...

- Ja już mówiłem o tym, że gwiazdy są na niebie. Ja nie jestem żadną gwiazdą. Piłka nożna to sport zespołowy. Nie liczą się indywidualne osiągnięcia, ale wynik zespołu. Na dobrą sprawę można grać dobry mecz i przegrać. To się liczy. Ja odcinam się od tego i chcę, żeby drużyna wygrywała. Poświęcam swoje umiejętności dla dobra drużyny.

- Obawiasz się tych twardych Irlandczyków? Pracują dużo łokciami, grają ostro...

- Lepiej gra się z drużynami, która potrafi grać w piłkę, bo wtedy teoretycznie jest więcej miejsca na boisku. Może to dziwnie zabrzmi, ale tak jest. Drużyna stara się wtedy atakować, a nie tylko bronić. Myślę, że Irlandia prezentuje niezły futbol, więc będzie na co popatrzeć w środę.

- To dość specyficzne miejsce dla Polaków. Na stadionie ma być 40 tysięcy biało-czerwonych kibiców. Masz tutaj kogoś z rodziny, kogoś z bliskich?

- Niestety nie mam. Na pewno będzie miło. Myślę, że nie tylko w Irlandii, ale gdzie nie pojedziemy, to możemy liczyć na kibiców.

- Zmęczony jesteś tym szumem wokół siebie?

- Powiem szczerze, że nie. Dobrze się czuję. Oby tak dalej. Nie mam na co narzekać.

źródło informacji: ASInfo/INTERIA.PL

daniel.a - Sob 22 Lis, 2008 17:59

Pracę wymodlili u Matki Boskiej Licheńskiej

Czy modlitwa może uratować fabrykę przed likwidacją, a nawet spowodować jej rozkwit? Tak! Przekonali się o tym pracownicy Fabryki Dywanów "Agnella" w Białymstoku.

Kiedy kilka lat temu okazało się, że jeden z największych zakładów pracy na Podlasiu - Fabryka Dywanów "Agnella" w Białymstoku upada, a na biurku prezesa znalazła się lista stu osób do zwolnienia, pracownicy wzięli sprawę w swoje ręce. I choć z ludzkiego punktu widzenia nic nie można było zrobić, oni wierzyli, że pomoże im Matka Boża.

Po ratunek do Lichenia

- Pamiętam ten dzień. Wróciłam do pracy z urlopu. Opowiadam koleżankom, jak było w Rzymie. One, że mam się tak nie cieszyć bo zaraz poleci z pracy pierwsze sto osób. Co było robić? Prezes nie pomoże, zarząd i związki zawodowe też nie. Do głowy mi przyszło, żeby dać na Mszę w Licheniu w intencji pracowników. Wysłaliśmy pieniądze. Udało nam się nawet na tę Mszę pojechać. Wtedy zaczęły dziać się cuda - opowiada Marianna Żamojtuk, pracownica przędzalni i organizatorka pielgrzymek do Lichenia.

Pierwsze zwolnienia co prawda się odbyły, ale zaraz po nich następowały... przyjęcia do pracy.

- Wróciłam z pracy z wypowiedzeniem w ręku. Poszłam na zaległy urlop i kompletnie się załamałam. Jak tu po tylu latach nie pójść do pracy?! Budziłam się o tej godzinie, o której powinnam iść do fabryki. Najbardziej mi brakowało tego huku maszyn. Płakałam całe noce. Co dam jeść dzieciom? Z czego będziemy żyć? Ale na Mszę w Licheniu dałam i wierzyłam, że coś się musi stać. Któregoś dnia smażę dzieciom na obiad placki ziemniaczane, a tu synek mówi, że kierowniczka działu dzwoni. Omal nie zemdlałam: pani Janko, jutro proszę się stawić do fabryki. Przywracamy panią do pracy! I jak tu nie wierzyć? - mówi, nie kryjąc wzruszenia, Janina Chomiczewska, z wybij alni wzorów.

Cuda w fabryce

Takich historii jest więcej. Z pracy zwolniona została i z powrotem do niej przywrócona również Ewa Kulesza. I to aż dwa razy! Tak było 12 lat temu. Od tamtego czasu w Fabryce Dywanów "Agnella" wiele się zmieniło. Nie zwalnia się pracowników, a firma z każdym rokiem rozwija się. To właśnie dywany z tej fabryki najczęściej trafiają do naszych polskich domów, ale także za granicę. Dziś w "Agnelli" pracuje ponad 700 osób.

- Wymodliliśmy to u Matki Boskiej Licheńskiej. W naszej fabryce było już tak ile, że żadna ludzka ręka nic by nie zdziałała. Pomóc mógł tylko Bóg przez wstawiennictwo Matki Boskiej. Inaczej tego wytłumaczyć się nie da. My, pracownicy "Agnelli", nie boimy się mówić, że to, co się u nas stało 12 lat temu, to istny cud - mówi Michał Sołowiej. Od tamtego czasu pracownicy fabryki wraz z rodzinami pielgrzymują do Lichenia co roku. A to za sprawą Koła Przyjaciół Sanktuarium w Licheniu, które powstało przy fabryce.

- Dostaliśmy od szefostwa pozwolenie na taką działalność w fabryce. Także nasz prezes i zarząd chętnie zgadzają się na pielgrzymowanie do Lichenia i zamiast korzystać z funduszu socjalnego na wakacje "pod gruszą" my przyjeżdżamy do Sanktuarium. Zawsze z jakimiś skromnymi darami. Są to oczywiście dywany. Naszemu szefostwu chcemy podziękować za to, że zawsze chętnie wyrażają zgodę, byśmy te dary Matce Bożej ofiarowali - mówi Marianna Żamojtuk, która swoją miłością do Lichenia "zaraziła" także swoją rodzinną wieś Mień.

Prawdziwa modlitwa

Kiedy znajomi pytają po co im to pielgrzymowanie, oni tylko uśmiechają się.

- A ja mówię wprost: Byłeś w Licheniu? Nie? No to nie ma co opowiadać. To trzeba samemu przeżyć. Jak się tutaj jest, to człowiek czuje rozmodlenie w każdym kamieniu. To święte miejsce! - dodaje Michał Sołowiej.

W Licheniu spędzają najczęściej sobotę i niedzielę. Uczestniczą w nabożeństwach, Mszach świętych w intencji wszystkich pracowników i indywidualnie się modlą.

- Na co dzień człowiek nie może się skupić. Dużo pracy, dużo ludzi, ciągle ktoś czegoś chce. Łapię się na tym, że czasami to nawet nie pamiętam, co ksiądz na niedzielnym kazaniu mówił. A jak przyjeżdżam do Lichenia, to wszystko jest inaczej. Msze są inne i ma się wrażenie, że ksiądz w kazaniu do mnie mówił: Odmawiając różaniec, nie klepiemy go, jak to nieraz bywa, tylko naprawdę modlimy się głęboko - mówi Anna Sarnocińska.

Grażyna Marciniak w Licheniu wymodliła nie tylko pracę. Przyjeżdża tutaj i prosi Matkę Boską o wszystko, z czym tak po ludzku nie daje sobie rady.

- Codzienność jest ciężka. Bez Matki Boskiej Licheńskiej nie dałabym sobie rady. Licheń to mój drugi dom i niesamowite jest to, że wszyscy tutaj tak się czujemy - mówi pani Grażyna.

Gdzie dwóch lub trzech

- Człowiek niecierpliwy jest i wydaje mu się, że jak się modli, to zaraz tak się stanie. A czekać trzeba, tak jak my czekaliśmy. Jestem prostą kobietą i nie chciałabym nikogo nauczać, ale w dzisiejszych czasach, kiedy tak ciężko jest o pracę i kiedy jesteśmy niespokojni o jutro, warto zwrócić się o pomoc do Matki Bożej. I jeszcze lepiej jak to zrobią całe zakłady pracy, bo ,,gdzie dwóch lub trzech spotyka się w imię moje, tam ja jestem" - mówił Chrystus - dzieli się Marianna Żamojtuk.

Oni wierzą. A nawet wiedzą, że Bóg Miłosierny jest i wysłucha każdego z nas. Za sprawą kilku pracowników z fabryki dywanów, którzy pewnego dnia powierzyli sprawy Maryi, do Lichenia przyjeżdża coraz więcej osób. Chcą nie tylko wymodlić pracę, ale też zdrowie, trzeźwość małżonków, szczęście dla dzieci i najbliższych, nawrócenia, dobrych przyjaciół. I to się dzieje!


Anna Kowalska

agger - Wto 02 Gru, 2008 18:30

Sławomir Sikora: Wciąż spłacam dług!

Wtorek, 2 grudnia (09:16)

Od ułaskawienia w grudniu 2005 roku spłacam dług wobec ludzi i Boga. Z 25 lat więzienia odsiedziałem 3690 dni. Za swój czyn będę płacił do końca życia. W imię wolności!

5 grudnia 2005 roku odzyskałem wolność. Tego dnia zdecydowałem, że działanie na jej rzecz, stanie się moim celem w życiu. Trzeci rok na wolności, w objęciach kuratora, lecz mimo wszystko z WOLNOŚCI¡ w tle. Czasem aż trudno mi uwierzyć w to, że jednak jestem tutaj, po drugiej stronie muru, a mój świat nie jest już "w kratę".

Przeczytaj fragment książki Sławomira Sikory "Osadzony"

Muszę wykorzystać dany mi czas!

Niezwykłe. Dlaczego? Ponieważ nie każdy ma szansę na drugie prawo do życia. Ja tę szansę dostałem i nie chcę jej zmarnować.

Siedząc w dusznej celi, z wyrokiem 25 lat więzienia i świadomością, że gdy wyjdę na wolność, moja młodość będzie już tylko wspomnieniem, zrozumiałem, że nie ma przyszłości, że jest wyłącznie teraźniejszość, że świat może się zawalić w ciągu jednego dnia.

Dlatego postanowiłem żyć intensywnie, żyć tak, jakby jutro nie miało być jutra. Postanowiłem maksymalnie wykorzystać dany mi czas.

Dlaczego człowiek zabija?

Nie odcinam się od przeszłości, ale żyję teraźniejszością. Musiałem nauczyć się żyć z piętnem przestępcy i stygmatem lat spędzonych w więzieniu.

To, co się stało, było okrutne. Czyn był bestialski. Nieraz zastanawiałem się, dlaczego człowiek jest zdolny do popełnienia zbrodni. Zwykły człowiek, taki, który kocha, który czuje się odpowiedzialny za rodzinę, ma psa i plany na przyszłość. Dlaczego zabija?

Podczas mojego pobytu w więzieniu przez pół roku badali mnie biegli sądowi, aż któregoś dnia jeden z nich zapytał mnie wprost: "Dlaczego pan nie symuluje choroby?".

Psychologia zła

Sam chciałem dowiedzieć się od psychologów prawdy o sobie. Chciałem wiedzieć, czy każdy normalny człowiek, który znalazłby się w mojej sytuacji, potrafiłby zabić? Chciałem wiedzieć, czy wszyscy tacy jesteśmy?

Minęły lata, a te pytania wciąż do mnie wracają. Może dlatego zainteresowałem się psychologią zła Philipa Zimbardo.

Pisać zacząłem jeszcze w więzieniu. Debiutowałem w klubie Literackim Bartnicka 10, w antologii twórczości więziennej "Khatarsis", a po niej w "Ryszard i (nie)przyjaciele".

Godność za murem


Za kratami człowiek jest pozostawiony sam sobie i często poddaje się bez walki, bo całą energię musi włożyć w przetrwanie, w naukę, jak przeżyć w nowej rzeczywistości.

Każdy ma wybór, poddać się i zaprzepaścić siebie albo walczyć. Ja wybrałem drugą możliwość.

Jedynym sposobem na przetrwanie jest determinacja. Kiedy decydujesz się walczyć, stajesz twarzą w twarz z bezlitosnym i bezdusznym systemem, wyposażonym w narzędzia, które wielu przetrąciły kręgosłup.

O szansę dla Artura!

Jeżeli podejmujesz trud, to przy wsparciu odpowiednich ludzi i organizacji jesteś w stanie wygrać. Wiem, że warto walczyć, nawet wtedy, gdy na początku drogi trudno dojrzeć światło w tunelu.

Artur Bryliński wciąż czeka na akt łaski prezydenta. Ma przerwę w odbywaniu kary, a jego powrót za kraty, jak miecz, nadal wisi nad jego głową.

Nie wiem, dlaczego prezydent Aleksander Kwaśniewski zadecydował, by ułaskawić tylko mnie. Liczę na to, że prezydent Lech Kaczyński da Arturowi szansę na życie po tej stronie muru.

Ostatnich klika lat mojego życia to ciągły bieg, setki spotkań, seminaria i konferencje, głównie w środowisku akademickim i w gronie ludzi młodych. Czy takie spotkania ze mną komuś pomagają? Mam taką nadzieję.

Wierzę w państwo prawa

Fundację 43dom (For Freedom) ustanowiłem w 2007 roku, jestem jej fundatorem. Ze względu na brak praw publicznych nie mogę jej rozwijać. Zostałem ułaskawiony, ale dopiero w przyszłym roku odzyskam prawa publiczne.

Odwiedź bloga Sławomira Sikory

Wiele godzin spotkań z ludźmi zaowocowało moją refleksją na temat Polski jako państwa prawa. Często spotykam się z krytycznymi opiniami tych, którzy czują się coraz bardziej zagubieni w obliczu skomplikowanych przepisów i procedur. Tych, którzy nie odczuwają wsparcia instytucji mających zapewnić im bezpieczeństwo. Zastanawiam się, czy faktycznie żyję w państwie prawa. Wierzę, że tak.

Wszystko dla wolności

Serwis Wolność Bez Granic ( www.43dom.interia.pl ) stworzyliśmy dla wszystkich zainteresowanych problematyką wolności. Za jego pośrednictwem chcemy prowadzić dialog społeczny, wspierać postawy obywatelskie, a także pokazywać nieposłuszeństwo obywatelskie na egoizm władzy.

Serwis został przygotowany tak, by każdy, kto ma potrzebę wyrażenia swojego zdania, mógł to zrobić.

Nadzieja jest zawsze!

Moja osoba jest przykładem nieposłuszeństwa obywatelskiego. Sąd skazał mnie, w imieniu społeczeństwa, na karę 25 lat pozbawienia wolności. Po dziesięciu latach ludzie upomnieli się o moją wolność i udało się.

Działając zgodnie z prawem można dokonać czynów wydawałoby się niemożliwych. Moje ułaskawienie jest tego najlepszym przykładem.

Mam cichą nadzieję, że serwis nauczy ludzi, jak działać zgodnie z literą prawa w sytuacjach bez wyjścia i będzie wsparciem dla tych, którzy stracili wiarę na zmianę swojej rozpaczliwej sytuacji.

Nadzieja umiera ostatnia...

Sławomir Sikora

Miczka Roman - Sob 06 Gru, 2008 08:16

ŚW. MIKOŁAJ Z MYRY (Z BARI) (RM)


Św. Mikołaj urodził się prawdopodobnie w bogatej rodzinie zamieszkałej w Patarze w Lycji (prowincja Azji Mniejszej). Wybrany został biskupem zaniedbanej podówczas diecezji Myry, którą zarządzał z wielką troską i wiarą. Tam właśnie zasłynął swą świętością, zapałem i cudami. Zmarł ok. 350 r. Niewielka ilość autentycznych informacji na jego temat chętnie uzupełniana była kolorowymi szczegółami legend. Pierwszą biografię Mikołaja napisano w 9 wieku, najbardziej jednak upowszechniła się jego biografia spisana przez Szymona Metaphrastesa w wieku 10.

Historycy greccy utrzymują, że Mikołaj cierpiał uwięzienie i nie wyparł się wiary podczas prześladowań Dioklecjana. Obecny był na Soborze w Nicei, gdzie potępiał arianizm. Jedna z opowieści twierdzi, że nawet uderzył heretyka Ariusza. Dodają także, że Mikołaj zmarł w stolicy swej diecezji, Myrze. Niestety brak konkretnych dowodów historycznych potwierdzających te fakty.

Już w czasach Justyniana (VI wiek) w Konstantynopolu znajdowała się bazylika zbudowana ku czci św. Mikołaja. Od IX wieku na wschodzie oraz od XI na zachodzie był on jednym z najpopularniejszych świętych, a także przedmiotem licznych legend. Mówią one o nim jako o młodym człowieku, który zdecydował się poświęcić swoje pieniądze na działalność charytatywną, a całe swe życie na nawracanie grzeszników.

Legendy mówią też, że choć mógł on odnaleźć jedność z Bogiem w życiu monastycznym, uznał, że nie chce zamykać się w klasztorze. Chciał bowiem iść w ślady Jezusa wędrującego po Palestynie. Podczas jednej ze swych podróży uciszył fale morza - dlatego też uważany jest za patrona żeglarzy i podróżników.

Pewien obywatel Patary utracił swój majątek i ponieważ nie mógł zapewnić posagu swym trzem córkom, groziło im zejście na złą drogę. Słysząc o tym, Mikołaj wziął mieszek ze złotem i wrzucił go przez okno do domu tego człowieka. Najstarsza córka wyszła dzięki temu za mąż. Podobnie uczynił też wobec dwóch pozostałych dziewcząt. Stąd często przedstawiano go na obrazach z trzema mieszkami. Błędna interpretacja tego wizerunku (myślano, że są to głowy dzieci) przyczyniła się do powstania innej (makabrycznej!) historii, według której Mikołaj wskrzesił trzech chłopców zamordowanych wcześniej i zakonserwowanych przez właściciela gospody.

Inna legenda mówi o tym, że Mikołaj pojawił się marynarzom pochwyconym przez sztorm u wybrzeży Lycji i doprowadził ich bezpiecznie do portu. Dlatego też często można spotkać kościoły poświęcone temu świętemu znajdujące się blisko brzegu morza. Jeszcze inne podanie twierdzi, że pojawił się we śnie Konstantynowi i sprawił, że ten ocalił od śmierci trzech niesłusznie oskarżonych urzędników. Inna wersja tej historii mówi, że gubernator Myry przyjąwszy łapówkę zgodził się wydać na śmierć trzech niewinnych ludzi. Gdy kat miał już pozbawić ich życia, pojawił się biskup tego miasta, Mikołaj i powstrzymał od wykonania wyroku, a następnie zwrócił się do gubernatora z tak przekonującą mową, że ten przyznał się do swego występku i poprosił o wybaczenie.

Gdy Myra dostała się w ręce Saracenów, miasta włoskie wykorzystały okazję, by zdobyć relikwie Mikołaja. Zostały one wykradzione przez kupców włoskich i dotarły do Bari na południu Włoch w roku 1087. Wybudowano tam nowy kościół ku czci świętego, a przy jego konsekracji obecny był papież Urban II. W ten sposób kult świętego Mikołaja stał się jeszcze popularniejszy, a sanktuarium stało się jednym z centrów pielgrzymkowych średniowiecznej Europy. U grobu św. Mikołaja dokonywały się liczne cuda.

Popularne wyobrażenie "świętego Mikołaja" (Santa Claus, Sint Klaus) jest niestety mieszanką elementów różnych kultur ludowych: niderlandzki zwyczaj obdarowywania dzieci prezentami w dniu jego święta miesza się tu z wyobrażeniem czarodzieja, który karze niegrzeczne dzieci, grzeczne zaś nagradza, a także z postacią germańskiego bóstwa Thora, który kojarzony był z zimą i jeździł na saniach zaprzężonych w kozy.

W średniowiecznej Europie dzień św. Mikołaja był okazją do wyboru "chłopca-biskupa", który sprawował rządy aż do święta Młodzianków (28.12). Zwyczaj ten dotrwał jeszcze do naszych czasów w Montserrat w Katalonii.

Emblematem św. Mikołaja w sztuce są trzy kule. Czasem ukazywany jest jako: (1) młody mężczyzna wrzucający trzy złote kule w okno trzech biednych dziewczyn; (2) wskrzeszający troje dzieci z beczki z marynatą; (3) ratujący rozbitków z wraku statku; (4) przywracający życie niesłusznie powieszonemu człowiekowi; (5) jako noworodek chwalący Boga. Szczególną czcią otaczany jest w Bari, Monserrat, i w Rosji.

Romano - Nie 14 Gru, 2008 11:13

W JEZIORZE NADZIEJI

- Poza kapłaństwem i naturą miłość, którą nas Bóg codziennie obdarza przejawia muzyka i wszystkie sztuki piękne – mówi Mark Nowakowski, młody kompozytor ze Stanów Zjednoczonych, z którym spotykam się w Krakowie. -Muzyką chcę służyć. Ona jest we mnie i Bogu ją oddaję. Bóg lubi, kiedy z Nim pracujemy - dodaje i wie o czym mówi.

Rodzice Marka poznali się w Chicago, dokąd wyemigrowali w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Sytuacja polityczna spowodowała, że zdecydowali się zostać i pomagać pozostałej w Polsce rodzinie. Tęsknili za Polską, pielęgnowali polskie tradycje, a dzieci, które urodziły się już w Stanach nauczyli języka polskiego i sprawili, że one także pokochały Chopina, Jana Pawła II, brzmienie polskiej muzyki ludowej i polskiej Mszy świętej.

Zagubienie

Mark był upartym i dociekliwym dzieckiem. -Wnikliwie obserwowałem świat i ludzi. Krytycznie osądzałem ich zachowania. Zadawałem pytania, na które ani rodzice ani środowisko nie potrafili mi odpowiedzieć- wspomina. Uczęszczał do katolickich szkół przez dwanaście lat. Uczył się teologii i filozofii. Zauważył, że ludzie postępują inaczej niż mówią. -Widok obłudy i hipokryzji bardzo mnie zranił. Dzisiaj wiem, że hipokryzja jest normalnym zjawiskiem w każdym środowisku. Człowiek nie może osądzać wiary przez pryzmat zachowań ludzkich. Sam często jestem hipokrytą nawet dzisiaj– mówi Mark.
Wówczas przestał chodzić do kościoła, lecz nie przestał się modlić słowami: „Boże, prowadź mnie dobrą drogą i pokaż mi wiarę prawdziwą”.
Czytał o wszystkim: o judaizmie, o buddyzmie, o pogaństwie. Próbował różnych sposobów medytacji, bo chciał dobrze żyć w zgodzie z sobą i światem.

Nie miał racji

Pierwszym człowiekiem, który potrafił odpowiedzieć na pytania Marka był jego najlepszy i najmądrzejszy kolega, który odrzucił propozycję darmowego studiowania chemii na Uniwersytecie Harvard i wstąpił do seminarium Kapłańskiego Bractwa Świętego Piotra. Decyzja kolegi była dla Marka szokiem. Nie rozumiał jej. Rozmawiali długie godziny. - Moje poglądy i przemyślenia, które uznawałem za głębokie i nie do obalenia on cierpliwie i z łatwością odkrywał, jako pełne naiwności i wykazujące braki podstaw katechetycznych. Bardzo mnie to denerwowało, ale również mobilizowało do dalszego poszukiwania dowodów, że wiara w Chrystusa jest fałszywa. Jedno jego zdanie zapamiętałem bardzo wyraźnie: „Tyle czytasz o innych religiach... Jeśli naprawdę chcesz prowadzić głębokie rozmowy, to poczytaj też o religii twojego dzieciństwa – bądź intelektualnie odważny i godny. Jeśli jesteś mężczyzną, to wrócisz, i rozpoczniesz od wiary, w której wyrosłeś. Wtedy sam się przekonasz”. Wtedy zacząłem czytać Pismo Święte, św. Tomasza z Akwinu, książki Jana Pawła II, uczęszczać na spotkania biblijne. Pamiętam szczególnie ten moment, kiedy czytając „Przekroczyć próg nadziei” Vittorio Messori odłożyłem książkę i powiedziałem: nie mam racji. Studiując na Uniwersytecie Colorado, znalazłem się w grupie FOCUS, w Zgromadzeniu Studentów Katolickich USA. Wśród tych młodych ludzi z energią i nadzieją dążących do świętości nawrócenie intelektualne stało się nawróceniem serca. Zrozumiałem też, że muzyka, którą naprawdę miłuję, która mnie podnosi, otwiera drzwi duchowe, jest oparta na chrześcijaństwie, na katolicyzmie. Pokonałem swoja pychę i poszedłem do spowiedzi. Pierwszej od dziesięciu lat. Teraz spowiedź i Eucharystia są dla mnie ogromną radością – wspomina Mark.

Niezapomniane dziesięć sekund

Jedynym wzorem, nawet wówczas kiedy wszystkiego odmawiał chrześcijaństwu, pozostawał dla niego Jan Paweł II. - Myślałem: człowiek nie może być aż tak doskonały! Chciałem Go poznać. Przyjechałem do Europy i pojechałem sam do Rzymu. Pan Bóg postawił na mojej drodze ludzi, którzy umożliwili mi spotkanie z Janem Pawłem II. To było dziesięć sekund życia, które wszystko zmieniły. Jakbym wskoczył w jezioro nadziei. Kiedy klęczałem przed Papieżem i ten Święty człowiek na mnie spojrzał, zapomniałem o wszystkim, nie powiedziałem nic z tego co zamierzałem, tylko niezdarne: „Ojcze Święty, kocham Ojca Świętego i napisałem tę muzykę ...– wręczyłem nuty „Medytacji o Miłosierdziu”. Jak odszedłem, nie wiedziałem co ze sobą zrobić – opowiada młody muzyk, dodając: - Dzisiaj jestem wierzącym człowiekiem. Modlę się i ciężko pracuję. Nie muszę mówić w co wierzę, moja muzyka to pokaże. Za nadmiar symboli chrześcijańskich w mojej pracy magisterskiej zostałem zaatakowany. Skomponowałem muzykę do archiwalnych zdjęć Polaków katolików - ofiar II wojny światowej. Film pt. ”Krew zapomniana” pokazuje piękne, uśmiechnięte dziewczyny z partyzantki, zburzoną Warszawę i kruche piękno, które tak łatwo może być zniszczone przez złych ludzi. To wiara dała mi odwagę wybrać niepopularny, ale swój własny język muzyczny, pochodzący z Kościoła. Zostałem kompozytorem, który pisze przez Boga i dla Boga – pięknie wyznaje.

Podbudowuje duszę

Mark wspomina jeszcze Częstochowę, gdzie był po raz pierwszy zeszłego roku, Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, które odwiedził w dniu Matki Boskiej Częstochowskiej, pobyt w Auschwitz, witraże w Bazylice Franciszkańskiej. - Jeden dzień w Krakowie wystarczył, żebym się w tym mieście zakochał. Powracam tutaj, kiedy mogę, Pobyt tutaj podbudowuje duszę – widzę to po jego uśmiechu. Mark jest jednocześnie silny i delikatny, pewny siebie i wrażliwy, spokojny, ale czujny. Jego muzyka wyraża tęsknotę duszy, jest modlitwą i wołaniem o miłosierdzie. Pokazuje, że ufność do Stwórcy podnosi naszą godność, a jej brak powoduje, że nikczemniejemy.

Mark przestrzega przed złą muzyką. - Ta kolorowa i wesoła trucizna niszczy człowieka. To nieprawda, że oślepiające światła i głośna muzyka jest potrzebna, jako antidotum na trudy życia. Ta muzyka nie podnosi duszy do Boga i nie uspokaja, tylko pozornie zagłusza ból. Pragnienie piękna i dobra nie zostaje zaspokojone. Prawdziwa muzyka wszystko odkrywa i nadaje życiu sens. Dociera głębiej.

Mark jako kompozytor czuje się odpowiedzialny za zachowanie człowieczeństwa w muzyce. Swoją muzyką chce pomagać ludziom w odkrywaniu czegoś lepszego i większego niż własne ego lub kultura materialna.
- Dzisiaj trudno zachować czystą duszę, czyste oczy. Jak gubię w sobie ten wizerunek mojego Zbawiciela, wówczas oglądam „Pasję” Mela Gibsona.- wyznaje.
- Z doświadczenia Amerykanina, którego Kościół jest codziennie atakowany widzę jak diabeł atakuje polski Kościół. Musimy żyć pięknie i autentycznie, pokazując Chrystusa w swoich codziennych kontaktach z ludźmi. Musimy tworzyć miejsca, gdzie Chrystus panuje naprawdę, bo tylko wtedy nawet najgorsze ludzkie „głupoty” zostaną przemienione w coś lepszego. A ja napiszę do tego muzykę!- mówi.

God bless you!

Mark Nowakowski

agger - Nie 14 Gru, 2008 13:38

Sens mego życia

To była trzecia nasza rozmowa w ciągu siedmiu miesięcy.[/i] Podczas niej usłyszałem wyznanie: „Odkryłem ze zdziwieniem, że grzeszę dlatego, iż nie dostrzegam sensu mego życia. Szukam grzechu, by przynajmniej jedna godzina miała ‘jakiś sens’. Szukam przeżyć erotycznych, szukam kieliszka, szukam towarzystwa do zabawy, by czymś wypełnić czas. Upływają lata. Wydaje mi się, że szukam sensu życia, że chcę robić coś wielkiego, ale ile razy staję przed jakimś zadaniem, nawet najwznioślejszym, prawie natychmiast stwierdzam, że ono nie ma sensu. Szukam i uciekam zarazem. To straszne. Grzeszę nie dlatego, że kocham grzech, ale dlatego, że chcę nadać ‘sens’ skrawkom mego życia. Po grzechu wiem, że oszukuję samego siebie. Jak wyjść z tej matni?”

[i]Oto trafna diagnoza człowieka kończącego studia
. On już rozumie, że nawrócenie polega na dostrzeżeniu sensu swego życia. Wie, że gdyby ten sens odkrył, życie jego uległoby zasadniczej zmianie. Jak pomóc człowiekowi w takiej sytuacji? Jeśli jest on zamknięty w ciasnych granicach doczesności, pomoc jest wyjątkowo trudna. Doczesność może wygrywać jedynie ten, kto dysponuje dużą siłą przebicia. Tymczasem kryzys sensu życia atakuje człowieka w godzinie jego słabości, kiedy na nic nie ma najmniejszej ochoty. Prawie jedyną szansą w takiej sytuacji jest wciągnięcie na siłę danego człowieka w jakieś sensowne dzieło. Zaangażowany przynajmniej nie pogrąża się w swoich czarnych myślach, stopniowo może odnaleźć radość z czynienia dobra, a razem z nią i sens każdego dnia.

Nieco łatwiejsza jest sytuacja wówczas, gdy dany człowiek zachował przynajmniej iskrę wiary. Kryzys sensu życia w wypadku wierzącego, jest bowiem ściśle połączony z kryzysem wiary, stąd nie występuje u ludzi o mocnej i żywej wierze. Jeśli jednak w sercu takiego człowieka jest iskra wiary, można ją stopniowo rozdmuchać i zamienić w płomyk, a to już wystarczy, by w jego świetle można było dostrzec sens chwili obecnej. Szczęśliwy taki człowiek, jeśli znajdzie się w pobliżu ludzi głęboko wierzących i jeśli ci swoją modlitwą i życzliwością pomogą mu ożywić wiarę.

O.Bonawentura SVD

daniel.a - Czw 18 Gru, 2008 09:48

Seks po Bożemu

"To nie po katolicku nie czerpać przyjemności z seksu i nie mieć na niego ochoty". I kto to mówi? Włoscy kardynałowie i biskupi. Czy to jakiś przewrót obyczajowy? Wcale nie, to jedynie pokazuje, jak niewiele wiemy o poglądach Kościoła na temat seksu małżeńskiego.

„Ciekawe, skąd się biorą dzieci w wielodzietnych rodzinach katolickich. Pewnie przynosi je bocian” - tak żartuje jeden z moich znajomych, odpowiadając na zarzuty tzw. niewierzących na katolicki „wstręt do seksu”. Tyle, że oni wcale nie twierdzą, że my tego w ogóle nie robimy. Oni sądzą, że Kościół sprawił, że robimy to tylko po ciemku i z zaciśniętymi zębami. Tymczasem okazuje się, że Kościół przynosi wyzwolenie, a jedyne, co wymaga, to wierność. Oczywiście są problemy, ponieważ przez wieki przyzwyczailiśmy się patrzeć na seks wcale nie po chrześcijańsku, tylko po manichejsku. Dzisiaj musimy to nadrobić.

Seksofobia Kościoła?


Trzy lata temu ukazała się we Włoszech książka, z której pochodzi ten szokujący dla niektórych cytat. W dosłownym tłumaczeniu publikacja ma tytuł: „Grzech tego nie robić”, a jej autorami są teolog Elisabetta Broli i katolicki publicysta Roberto Beretta. Jest to zbiór wywiadów z włoskimi kardynałami i biskupami na tematy związane z seksem. I co możemy przeczytać? „Dziś porządny katolik uprawia miłość, a wzgardzanie boskim darem seksu jest wbrew naszej wierze”, „W razie problemów zalecamy zwracać się z modlitwą o wstawiennictwo do św. Foutina, patrona impotentów”. Jeden z autorów nawołuje: „Chcemy się otrząsnąć z przesądów o seksofobii Kościoła”. Nie ma jeszcze polskiego przekładu tej pozycji, ale to nie znaczy, że jesteśmy pozbawieni wsparcia Kościoła w tej kwestii. Jeszcze wcześniej niż Włosi, bo w 2001 roku publikację „Akt małżeński” napisał ojciec Ksawery Knotz OFMCap, a kolejna jego książka jest w przygotowaniu. O. Knotz prowadzi również portal www.szansaspotkania.net, w którym o seksie mówi się wprost i bez niepotrzebnej pruderii. Pozostaje mieć nadzieję, że niedługo żadne katolickie małżeństwo nie powie: „Mimo że od lat poznajemy naukę Kościoła, w kwestii współżycia małżeńskiego czuliśmy się przez Kościół opuszczeni. Na kursie przedmałżeńskim dość powierzchownie traktowany jest ten wymiar małżeństwa. Skupiono się na zakazach (antykoncepcji, aborcji, stosunku przerywanego) i nauce rozpoznawania płodności. Pojawiła się w nas nawet myśl, że właściwie jedynym sposobem na zachowanie czystości małżeńskiej jest całkowita wstrzemięźliwość”.

Wolność!

Zorganizowana miesiąc temu przez Mistrzowską Akademię Miłości w Warszawie debata pt. „Seks jest OK” zgromadziła tłumy. Podobnie jest na rekolekcjach dla małżeństw prowadzonych przez o. Ksawerego. Po takich naukach okazuje się, że katolicy wcale nie muszą być sfrustrowani, ponieważ seks daje im naprawdę radość. Katolikom zarzuca się, że zapraszają „do łóżka” Chrystusa. Owszem, tak samo jak do innych sfer życia małżeńskiego. Oto jedno ze świadectw napisanych po powrocie z rekolekcji organizowanych przez Apostolstwo Małżeństw „Szansa spotkania”: „Jestem żoną od 14 lat. Dotychczasowe moje mylne myślenie o sferze życia seksualnego przechodziło różne fazy - od fascynacji po głębokie kryzysy i poczucie zniechęcenia. Pełno było rozterek moralnych i spychania spraw seksu do gorszej kategorii. Pożycie przestało nas do siebie zbliżać. Intuicyjnie czułam, że coś tu nie jest tak. Czas rekolekcji, wizja człowieka, miłości Boga do pary ludzkiej, docenienie, nobilitacja sfery seksualnej były dla mnie prawie rewolucyjnym przewrotem, kopernikańskim odkryciem. To nie wokół zagrożenia, grzeszności ma się obracać moje życie w tej sferze, ale wokół ogromnej wartości, tajemnicy i wagi pożycia małżeńskiego we wzrastaniu mnie jako żony i mojego małżeństwa ku Bożemu zamysłowi, ku Jego miłości. Wiem teraz i czuję to, że w akcie małżeńskim - nie tylko tym, który jest nastawiony na poczęcie - chce być Bóg, że On w nim jest i że jest to Mu miłe. Ważne dla mnie było uporządkowanie myślenia na temat przyjemności seksualnej i na temat pokusy w tym zakresie. Był to czas uwolnienia wizji małżeństwa z kajdan fałszywego rygoryzmu, który bardziej niszczył, niż chronił miłość i więź w moim małżeństwie. Bogu niech będą dzięki, że ktoś wreszcie głosi tę naukę Kościoła. Taka wizja jest jedyną drogą małżeństwa wierzącego. Trzeba strzec tej misji” - pisze Agnieszka. I dodaje: „Wróciła mi wiara w Kościół, jako Matki miłującej swoje dzieci”.

Natalia Budzyńska

agger - Sob 20 Gru, 2008 17:18

Wziąłem do ręki różaniec

Po prostu wziąłem różaniec do ręki i po roku codziennego odmawiania, za przyczyną Matki Bożej otrzymałem ten dar od Pana Boga - skarb, jakim jest abstynencja od alkoholu.

Zdecydowałem się napisać to świadectwo, aby podzielić się z innymi tym, że z pomocą Bożą można wyjść z każdego uzależnienia.

Dziś mam czterdzieści lat, a kiedy zaczynałem wąchać klej, pić alkohol i palić papierosy, miałem lat czternaście. Zachęcili mnie jacyś koledzy, ale nie czuję do nikogo najmniejszej urazy.

Powinien już nie żyć

Wąchałem klej ostro przez trzy lata i doprowadziłem siebie, wtedy osiemnastolatka, na skraj przepaści. Lekarze w szpitalu, do którego zostałem przywieziony, mówili, że według wszelkich prawideł lekarskich powinienem już nie żyć. Szanse na wyjście z tego nałogu obliczano na dwadzieścia procent. Częściowo sparaliżowany i z rozpoznaniem schizofrenii odważyłem się skorzystać po wielu latach z sakramentu pokuty. Ksiądz, bardzo dobry i mądry, zapytał mnie sam na początku tylko o jedno: czy żałuję za grzechy? A ja naprawdę wtedy bardzo żałowałem swojego grzesznego życia. Potem owinął stułą moje pocięte ręce i powiedział: "Wiem, że to jest trudne, ale obiecaj, że nigdy więcej tego nie zrobisz". I to był przełomowy punkt w całym moim życiu.

Jednak wtedy, po wyjściu ze szpitala, wcale nie przestałem ani ćpać, ani pić. W szpitalu spotkałem prawdziwego i dobrego lekarza - panią doktor psychiatrę - i to ona przez wiele lat prowadziła moje leczenie, aż przeszła na emeryturę. Mam przecież już czterdzieści lat i dalej choruję na schizofrenię, która jest wynikiem mojej bezmyślnej, głupiej młodości. Wspaniała pani doktor nauczyła mnie przede wszystkim prawdomówności. A robiła to tak: kiedy przychodziłem co miesiąc do poradni po lekarstwo i do kontroli, ona rozmawiała już wcześniej z moją mamą i wiedziała, co ja nawywijałem. Od razu stanowczo obnażała każde kłamstwo, a na koniec mówiła jakby sama do siebie: "Młody, żebyś ty choć do mojej emerytury dożył...". A ja, dwudziestolatek, w swojej głupocie dalej wąchałem klej i piłem na umór.

Daleko od Pana Boga

Miałem jednak to szczęście, że pracowałem i tylko to nie pozwalało mi się zupełnie stoczyć. Żyłem wtedy daleko od Pana Boga i Kościoła. Kiedy skończyłem dwadzieścia pięć lat, wylądowałem znowu w szpitalu, a w rezultacie na rencie inwalidzkiej. Pamiętam to jak dziś. Pewnego deszczowego dnia stanąłem przed oknem swojego pokoju i pomyślałem, że jestem za stary na taką dziecinadę - i tak zakończyłem okres wąchania kleju w swoim życiu. Najgorszy był pierwszy rok. Nie pracując, biłem się z myślami i głodem. Pani doktor przy każdej wizycie powtarzała zawsze jedno: "Będzie lepiej...", a ja trwałem w tej częściowej trzeźwości, bo wtedy jeszcze piłem. Kiedy przychodziła chęć na sięgnięcie po klej w poniedziałek, ja - oszukując samego siebie - mówiłem: nie w poniedziałek, ale w środę sobie zapakuję. A kiedy przychodziła środa, to ja wcale już tego nie potrzebowałem i nie pamiętałem o tej wcześniejszej napaści... Po roku czułem się już lepiej. Zacząłem znów pracować, ale nadal niestety żyłem daleko od Pana Boga i Kościoła. To był mój wielki błąd.

Pani doktor mówiła: "Waldek, ty kiedyś nie pójdziesz na piwo, bo nie będziesz już mógł wyjść z domu...". Albowiem cały ten czas zażywałem leki, które w połączeniu z alkoholem były mieszanką piorunującą. Groził mi wylew krwi do mózgu. Próbowałem sam walczyć z piciem. Wytrzymywałem tydzień, a nawet miesiąc. Właśnie wtedy przyszedł największy zwrot i największa, jak dotąd, rewolucja w moim życiu.

Miałem wtedy dwadzieścia siedem lat. Były święta Bożego Narodzenia. Poszedłem do spowiedzi jak zwykle nieprzygotowany i wyrecytowałem jakieś banały o nieodmówionych paciorkach i tak dalej. Ksiądz zapytał mnie głośno, prawie na cały kościół: "Ile ty masz lat?!...". Ja, zmieszany, odpowiedziałem, że dwadzieścia siedem. "Jesteś dziecina, jesteś dziecinny..." - mówił ksiądz. Ludzi pełno w kościele, a nie byłem wtedy lubiany, wręcz niepożądany. Roześmiali się prawie na głos... Wybiegłem jak oparzony i postanowiłem, że już nigdy więcej nie przekroczę progu kościoła.

Co wieczór odmawiałem różaniec

Wiedziałem jednak, że nadal potrzebna mi jest wiara w Boga. Miałem przed oczyma obraz modlącej się co wieczór na różańcu mojej babci, która wraz z dziadkiem wychowywała mnie przez całą szkołę podstawową. Był to dla mnie, jak dzisiaj wiem, czas błogosławiony. Wtedy to, w wieku lat dwudziestu siedmiu, wziąłem do ręki różaniec i codziennie wieczorem się modliłem. Piłem jednak nadal, ale coraz częściej docierała do mnie myśl, że potrzebuję zmiany w życiu. Żyłem zupełnie bez Kościoła. Często, zwłaszcza w pierwsze piątki, spotykałem tego księdza. Na mój widok na jego twarzy rysowało się dziwne zmieszanie. Nie chodziłem do kościoła, ale co wieczór odmawiałem różaniec. Lekarka po pewnym czasie nabrała do mnie zaufania i, jak to się robi w przypadku widocznej poprawy stanu zdrowia pacjenta, nie potrzebowała widywać mnie często.

Przychodziłem tylko po recepty, bez widzenia się z lekarzem. Nadeszły kolejne święta Bożego Narodzenia, a ja, czując potrzebę przemiany, przemeblowałem swój pokój, przesuwając meble z miejsca na miejsce. Teraz chce mi się z tego śmiać, ponieważ już wiem, że aby przestać pić, trzeba było zmienić swoje serce, a nie przestawiać meble. Przyszedł sylwester, ja znów spojrzałem w okno i pomyślałem, że trudno żyć bez wódki, lecz spróbuję...

Miałem dwadzieścia dziewięć lat i nadal żyłem bez Eucharystii. Matka Boża podczas modlitwy mówiła mi często: "Oto modlisz się codziennie do mnie, a do kościoła nie idziesz...". Ale Pan Bóg ma swoje sposoby. Bratu urodził się syn i poprosił mnie, abym był chrzestnym jego dziecka. No i trzeba się było wyspowiadać. Przygotowałem się do spowiedzi bardzo starannie, zresztą robię tak do dziś. Po spowiedzi, kiedy podawałem księdzu karteczkę do podpisu, widziałem na jego twarzy uśmiech i ogromną radość. Aż nie mogłem się temu nadziwić... Teraz mam czterdzieści lat. Od piętnastu lat nie wącham kleju, od przeszło dziesięciu nie piję alkoholu, pracuję. Na Eucharystię uczęszczam prawie codziennie. Przyjmuję Jezusa Chrystusa w Komunii i wiem, że praktycznie tylko Pan Bóg może dać mi tyle siły, abym wytrwał w mojej abstynencji, ale pilnować się trzeba...


Waldemar z Wadowic

Włodek Lubański - Wto 23 Gru, 2008 11:48

[b]Historia kolędy Cicha noc[/b]

W wigilijną noc br. upływa 190 lat od chwili, kiedy po raz pierwszy rozległy się w kościele słowa i melodia znanej dziś w całym świecie kolędy Cicha noc (Stille Nacht).

Było to 25 grudnia 1818 r. w kościele parafialnym Św. Mikołaja w Oberndorfle k. Salzburga w Austrii. Pasterkę odprawiał ks. Józef Kessler, proboszcz. Wykonawcami kolędy byli: ks. Józef Mohr († 1848), wikariusz parafii, autor jej tekstu, i Franciszek Ksawery Gruber († 1863), organista, kompozytor jej melodii - pierwszy śpiewał partie tenorowe, a drugi, przy akompaniamencie gitary, partie basowe - oraz miejscowy chór parafialny, mieszany, który śpiewał wersy końcowe poszczególnych strof. Użycie do akompaniamentu gitary, chociaż zupełnie przypadkowe (organy kościelne znajdowały się wtedy w złym stanie), w istotny sposób przyczyniło się do sukcesu twórców kolędy.

Decydującą dla późniejszej popularności kolędy Stille Nacht stała się wizyta w Oberndorfle K. Maurachera, który przewiózł tekst i nuty tej pieśni do Zillertalu, gdzie wykonali ją miejscowi kantorzy. W 1822 r. bracia Reinerowie śpiewali tę kolędę w Wiedniu przed cesarzem Franciszkiem I i carem Aleksandrem I, a potem, zaproszeni przez tego ostatniego, w Petersburgu. Bracia Strasserowie zaśpiewali Cichą noc w Lipsku w 1831 r., a w 1839 r. w Nowym Jorku, i to w okolicznościach dość niezwykłych, bo pod gołym niebem przed strawionym przez pożar kościołem Świętej Trójcy. Od 1840 r. berliński chór katedralny wykonywał co roku kolędę w okresie Bożego Narodzenia przed Fryderykiem Wilhelmem. W końcu XIX w. znają już tę kolędę Anglicy, Szwedzi i Norwegowie. W początkach XX w. misjonarze przyswoili ją Ameryce Południowej, wielu krajom Azji oraz Australii i Oceanii. Drukiem Cicha noc została wydana w 1833 r. W 1873 r. znalazła się już w pewnym śpiewniku afrykańskim. Kolędę przetłumaczono na wiele języków. Przekłady na języki europejskie zebrano w dwóch tomach, a w 1968 r. przygotowano wydanie przekładów na języki nieeuropejskie. Istnieją też przekłady na język łaciński (11 wersji), a nawet hebrajski.

Swą popularność zawdzięcza Cicha noc nie tylko pięknej melodii, lecz także - a może przede wszystkim - słowom. Wykonana po raz pierwszy w okresie politycznych niepokojów, jest pieśnią wielbiącą Księcia pokoju, Ojca przyszłego wieku, który "pokój niesie ludziom wszem" i "całemu światu odpuszczenie win".

Kościół w Oberndorfle, w którym po raz pierwszy zaśpiewano kolędę Cicha noc, z powodu szkód, jakie wyrządziły powodzie, został zamknięty w 1903 r., a z czasem, po zbudowaniu nowego kościoła parafialnego, rozebrany.


Stanisław Skała

Romano - Nie 28 Gru, 2008 10:50

Cuda u franciszkanów

Niedziela, 28 grudnia (06:50)

Wieczorem, przy blasku klasztornych świec, u ojców franciszkanów we Wschowie dokonują się cuda. Chorzy twierdzą, że znikają im zmiany nowotworowe, a także depresja i lęki dnia codziennego, a z duszy ustępują wieloletnie ciężary.

Odtrąconym podaje się rękę, zagubionych wreszcie się zaczyna rozumieć. Zakonnicy odżegnują się od magii, a jako uzdrawiającą moc wskazują wiarę w Boga. Jakby tego nie nazwać, w drugą środę każdego miesiąca we Wschowie dzieje się coś magicznego i dobrego.



Po ostatnią deskę ratunku

Modlitwy o uzdrowienie prowadzi grupa Odnowy w Duchu Świętym, działająca od dziewięciu lat przy Klasztorze OO. Franciszkanów we Wschowie. Spotkania dla chorych i cierpiących rozpoczęły się ponad rok temu, gdy wspólnota dojrzała do posługi dla chorych i cierpiących.

- Nasze spotkania mają pomóc w poukładaniu sobie życia wewnętrznego. Do tego potrzebne jest też zaplecze, czyli grupa, która modli się za tych, co przyszli z różnymi intencjami - mówi ojciec Arnold, opiekun Odnowy w Duchu Świętym we wschowskim klasztorze.

Sława modlitw o uzdrowienie rozeszła się po całym kraju. W co drugą środę miesiąca do klasztoru ściągają wierni z całej Polski. Przyjeżdżają z chorobami duszy i ciała, młodzi i ludzie dojrzali, czasem w poszukiwaniu ostatniej deski ratunku. Rzadko zdarza się, by jakiekolwiek siedzące miejsce zostało puste. Podobnie było w środę, 10 grudnia.

Ojciec przyjął córkę

Wszystko zaczyna się po mszy. Młodzież gra na gitarach i intonuje pieśni, wierni na głos wypowiadają intencje, z jakimi przyjechali. Śpiewają na stojąco, z rozłożonymi rękami, radośnie jak w kościele adwentystów. Niezwykle doniosłym momentem spotkania są świadectwa - relacje osób, które doznały uzdrowienia.

Oto siedemnastoletnia dziewczyna zaszła w ciążę, jeszcze przed rozwiązaniem ojciec wyrzucił ją z domu. Był 2006 rok. Pomagali jej przyjaciele, partner oraz matka, ale w tajemnicy przed ojcem.

- Grupa bliskich osób nieustannie modliła się w intencji tej dziewczyny, wspierali ją swoją wiarą. I dokonał się cud - na Wielkanoc tego roku ojciec przyjął córkę z powrotem pod swój dach - relacjonowała mieszkanka Zielonej Góry.

Dom na skale nie runął

Pani Danuta ze Wschowy była szczęśliwą mężatką, swoje domowe ognisko budowała w zgodzie z wiarą katolicką. Po dwudziestu latach małżeństwa nadszedł moment próby.

- Mąż odszedł, odrzucił nas. Musiałam zmagać się z sądami, utratą pracy, odejściem dzieci od Boga. Teraz opiekuję się 86-letnim ojcem. Mimo tych żywiołów, które szalały wokół, mój dom nie runął. Był bowiem zbudowany na skale, nie na piasku. Do dziś nieustannie się modlę i dlatego nie ustaje moja siła. W bałaganie życia doznałam łaski udzielania się, służenia ludziom - wschowianka dzieliła się swoją historią w zapełnionym ludźmi kościele.

Po każdej relacji głos zabiera ojciec Błażej, drugi z opiekunów grupy.

- Każda matka i żona co dzień przeżywa ogromne trudy, ale każda opowieść jest inna. Najważniejsze, że kobieta choć płacze i upada, to zawsze wstaje i walczy - komentuje zakonnik.

Wiara mnie uzdrowiła

Inna kobieta przed laty zachorowała na depresję. Wychowywała z mężem czwórkę dzieci, najmłodszy syn miał wówczas sześć miesięcy. Gdy domownicy wychodzili do swoich zajęć, ona zaszywała się w łóżku, którego nie opuszczała do wieczora. Leki niewiele jej pomagały.

- Tego cierpienia nie da się opisać, to trzeba przeżyć - relację w imieniu uzdrowionej czytała parafianka z Zielonej Góry.

- Wreszcie trafiłam na mszę z modlitwami o uzdrowienie. Czułam, jak Jezus odbiera mi cierpienie. Wszystko się zmieniło, moja wiara mnie uzdrowiła. Mając 40 lat urodziłam syna, on w maju weźmie ślub.

Młoda wrocławianka długo chorowała na przewlekłą chorobę układu pokarmowego. Przeszła terapię lekami, które dwa lat temu uszkodziły jej stawy. W styczniu trafiła do szpitala, gdzie miała szczęście spotkać nietuzinkową lekarkę. Pani doktor zleciła wykonanie badań, które wydawały się niepotrzebne. Wykryto jednak uszkodzenie szpiku kostnego, następnie zmiany w jajniku.

- Z mężem prosiliśmy o łaskę, nie ustawaliśmy w modlitwach, byliśmy na spotkaniach w Zaborówcu. Tydzień temu wykonałam badania, nie mam ani milimetra zmiany. Przez ten cały czas nie byłam narażona na chemię ani operację - Wiolecie z Wrocławia głos się załamywał, słuchaczom zaszkliły się oczy. - Bogu niech będą za to dzięki.

Dziękuję za piękny świat

- Pan Jezus uzdrawia nie tylko we Wschowie. Ale mówię wam, przyjeżdżajcie do Wschowy - przed ołtarzem jak spod ziemi wyrasta znów ojciec Błażej.

Nie ma czasu na kolejne świadectwa, zaczyna się nabożeństwo eucharystyczne. Przez kilkadziesiąt minut kościół wypełnia się słowami podziękowania. Podczas mszy świętej wierni na głos i indywidualnie dziękują Bogu za dach nad głową, za piękny świat, za ludzi, których postawił na ich drodze, za wiarę i siłę, za zdrowie rodziców. Głośno wypowiadają imiona bliskich, za których modlą się w tej eucharystii.

Jesteśmy tylko narzędziami

Dopiero wówczas są gotowi posługę i modlitwę, z którą przyjechali do klasztoru. W kościele klasztornym wzdłuż ławek i przed ołtarzem w dwuosobowych grupach ustawiają się tzw. osoby posługujące. T

o aktywni działacze Odnowy w Duchu Świętym, najbardziej charyzmatyczni w modlitwie o uzdrowienie. Właśnie do nich mogą podchodzić wierni, którzy potrzebują wsparcia w swojej modlitwie. Gdy wydaje im się, że ich wiara jest jeszcze zbyt słaba, by mogło dokonać się uzdrowienie, pomagają ci bardziej doświadczeni. Kładą ręce na ramionach lub głowie proszącego, modlą się w tej samej intencji.

- Jeśli ktoś przyjedzie po raz pierwszy i oczekuje cudu, to się zawiedzie - przestrzega ojciec Arnold. - Tu nie ma i nie będzie magii. Jest łaska sakramentu. A postawą uzdrowienia jest wiara. Trzeba pamiętać, że jedynym uzdrowicielem jest Chrystus, a my pozostajemy tylko narzędziami w jego rękach.

Mija godzina 21, ustają modlitwy i śpiewy, klasztor po trzech godzinach opuszczają wierni. Nikt nie narzeka, że zimno i deszcz. Umawiają się na kolejne spotkanie w lutym.

MARTA KRZYŻANOWSKA-SOŁTYSIAK

Miczka Roman - Sro 07 Sty, 2009 09:49

Zima - jedna z czterech pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego. Charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego, a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Zima astronomiczna rozpoczyna się w momencie przesilenia zimowego i trwa do momentu równonocy wiosennej, co w przybliżeniu oznacza na półkuli północnej okres pomiędzy 22 grudnia a 21 marca (czasami daty te wypadają dzień wcześniej lub dzień później, a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień). Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa, a nocy ubywa.

Za zimę klimatyczną przyjmowało się okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0 °C. Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie. Podobnie zimę od wiosny oddziela przedwiośnie.

Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku. Za miesiące zimowe na półkuli północnej uznaje się grudzień, styczeń i luty, a na południowej czerwiec, lipiec i sierpień.

Miczka Roman - Pią 09 Sty, 2009 12:33

O tajemnicy modlitwy

U podnóża gór, których wierzchołki były ledwie dostrzegalne w blasku słońca, leżała mała wioska. Mieszkańcy utrzymywali się tu głównie z rolnictwa. Tego roku padały bardzo obfite deszcze, tak że górskie potoki mocno przybrały i zaczęły zalewać okoliczne pola. Uprawy zboża i ziemniaków zaczęły gnić z nadmiaru wody. Mieszkańcom powoli zaczęły kończyć się zapasy żywności. Z dnia na dzień sytuacja stawała się coraz gorsza. W wiosce zaczął panować głód. Wszyscy mieszkańcy byli załamani, zwłaszcza że deszcze wciąż nawiedzały wioskę. Nie byli w stanie nic zrobić, przyroda okazała się od nich silniejsza. W końcu delegacja mieszkańców udała się do proboszcza, aby zapytać go o radę. Gdy przyszli do niego, on tylko popatrzył na nich i powiedział:

- "Nie samym chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z ust Pana." (Pwt 8,3)

Oni nie zrozumieli tych słów i smutni odeszli, ponieważ nadal nie wiedzieli, co mają robić. Wrócili do mieszkańców zgromadzonych na rynku i powtórzyli im słowa proboszcza. Wszyscy posmutnieli, też nie rozumiejąc, co mają znaczyć te słowa. Nagle jedna z osób wykrzyknęła radośnie:

- Wiem, co mamy robić, powinniśmy się zacząć modlić, to właśnie znaczą te słowa: aby w trudnych sytuacjach nie załamywać się, ale polecać je Bogu.

Następnego dnia cała wioska czekała u wrót świątyni. Jakież było ich zdziwienie, kiedy ujrzeli czekającego tam na nich proboszcza. Rozpoczęła się Msza i ludzie zaczęli się gorliwie modlić. Następnego dnia przestało padać. W tydzień po tym wydarzeniu życie w wiosce wróciło do normy.

W trudnych chwilach czasem najprostsza pomoc jest najbardziej skuteczna.
Może warto więc czasem pomodlić się?


Marcin Melon

Włodek Lubański - Sob 10 Sty, 2009 08:48

Takich opowiastek jak ta w powyższym poście Romka,z pewnością napotkaliśmy nie raz na różnych stronach.
Czytamy,czasem zachwycamy się...
A może wzbogaćmy naszą straduńską stronę tymi "napotkanymi" ciekawymi tekstami... Tu je zamieśćmy.Zachęcam...

Miczka Roman - Sob 10 Sty, 2009 09:14

Dwaj przyjaciele

Starszy nazywał się Frank i miał 20 lat. Młodszy Ted miał 18 lat. Wiele czasu spędzali razem, ich przyjaźń sięgała czasów szkoły podstawowej. Razem postanowili zaciągnąć się do wojska. Przed wyjazdem przyrzekli sobie u rodzinom, że będą wzajemnie uważać na siebie.

Szczęście im sprzyjało i znaleźli się w tym samym batalionie. Batalion ich został wysłany na wojnę. Było to straszliwa wojna, pośród rozpalonych piasków pustyni. Przez pewien czas Frank i Ted przebywali o obozie, chronionym przez lotnictwo. Lecz któregoś dnia pod wieczór przyszedł rozkaz by wkroczyć na terytorium nieprzyjaciela. Żołnierze pod piekielnym ogniem wroga dotarli do pewnej wsi. Ale nie było Teda. Frank szukał go wszędzie. Znalazł jego nazwisko w spisie zaginionych. Zgłosił się u komendanta z prośbą o pozwolenie na poszukiwanie jego przyjaciela.

- To jest zbyt niebezpieczne - odpowiedział komendant. - Straciłem już twego przyjaciela, straciłbym również ciebie. Tam ostro strzelają.

Frank mimo wszystko poszedł. Po kilku godzinach znalazł Teda śmiertelnie rannego. Ostrożnie wziął go na ramiona. Nagle dosięgnął go pocisk. Nadludzkim wysiłkiem udało mu się donieść przyjaciela do obozu.

- Czy warto było umierać, by ratować umarłego? - spytał komendant.

- Tak - wyszeptał Frank, gdyż przed śmiercią Ted powiedział: - Wiedziałem, że przyjdziesz.

To właśnie powiemy Bogu w takiej chwili:
"Wiedziałem, Boże, że przyjdziesz!"


Bruno Ferrero

daniel.a - Sro 14 Sty, 2009 08:23

Wtorek, 13 stycznia (06:58)

Z o. Leonem Knabitem rozmawia Michał Bondyra

Studenci ułożyli kiedyś taką fraszkę: "Pan Bóg jest dowcipny, każdy się przekona, bo stworzył żyrafę i Ojca Leona". Patrząc na swoje życie, potwierdza Ojciec, że Stwórcy nie brakuje dobrego humoru?

- Zdarzają się w życiu historie podobne, ale na moją patrzę właśnie z perspektywy dobrego humoru Pana Boga: syn listonosza z prowincjonalnych Siedlec, odprawiający Mszę św. w Bazylice św. Piotra na Watykanie, przy stole - z Janem Pawłem II, podróżujący po Europie od Fatimy po Wilno, odwiedzający nawet Toronto i Los Angeles; chorujący poważnie od młodości, osiąga już 79 lat życia i 55 lat kapłaństwa.
Harcerzyk z I Siedleckiej Drużyny im. Romualda Traugutta, prowadzący amatorsko ogniska i akademie, a obecnie uczestnik i autor wielu programów telewizyjnych i radiowych oraz kilkudziesięciu poczytnych, choć nie wystrzałowych książek, do tego jeszcze mnich benedyktyński w przesławnym starożytnym Tyńcu... Czy Stwórca bez poczucia humoru wymyśliłby coś takiego? Oczywiście nie zamykam naiwnie oczu na wszystko zło, które dzieje się na świecie, ale to już temat na osobną rozmowę.

Co Ojcu dziś daje powód do radości? Są to wciąż te same wartości, osoby, rzeczy, zdarzenia czy z upływem lat, bagażem doświadczeń, cieszy Ojca coś innego? Radość ewoluuje?

- Radość ewoluuje pozytywnie, gdyż coraz bardziej widzę harmonię wszystkich prawd naszej wiary. Nie wszystko mogę pojąć, a najbardziej Boga samego. Ale na podstawie doświadczeń własnego życia i życia innych ludzi jestem coraz bardziej przeświadczony, że Bóg jest właśnie tym i to coraz bardziej TYM, w którego wierzyłem od początku. Mocniej czuję Jego obecność i miłość. W tej zaś perspektywie wszelkie zło na ziemi, także moje, nie jest aż tak wielkie. Z całym Kościołem coraz goręcej dziękuję Mu, że sprawił, "byśmy stali przed Nim i Jego chwalili"...

Relacja Bóg-zakonnik, ale ten konkretny - Ojciec Leon. Jest w niej autentyczna radość. Z czego ona tak naprawdę wynika?

- Z tego, że mnie powołał i dzięki Jego łasce do dzisiaj trwam w powołaniu i mam szczery zamiar wytrwać do końca. Jestem gotów ponieść karę za wszystko, co w moim życiu sprzeciwiało i wciąż sprzeciwia się Jego woli. To nie przeszkadza jednak w radości opartej na ufności Bożemu Miłosierdziu. Przyczyną mojej radości jest też macierzyńska opieka Maryi, której oddałem się w niewolę ponad pół wieku temu. Może to wszystko brzmi dewocyjnie, ale proszę znaleźć lepszą receptę na radość, która wzrasta, miast przemijać? Najlepiej chyba spróbować tej samej drogi, zgodnie ze swoim własnym powołaniem.

Każdy wie, że obcowanie z człowiekiem potrafi dawać wiele szczęścia... Sądząc po otwartości, ciągłej pogodzie ducha, te Ojciec czerpie chyba pełnymi garściami...

- Bardzo zobowiązuje mnie to, że ludzie mówią, iż właśnie ze mnie czerpią. Ktoś powiedział, że trzeba dawać, żeby była miłość, a brać, by była pokora. Wprawdzie więcej jest radości w dawaniu, aniżeli w braniu, ale dbałość o równowagę w tym względzie pomnaża radość.
czytaj dalej


No właśnie, ale obcowanie z drugim to nie zawsze jest radość. Czasem, ból, smutek, rozczarowanie. Jak sobie wtedy radzić?

- Im bliżej jestem Boga, tym bardziej "nie lękam się, co może uczynić mi człowiek". Niektóre trudne spotkania ewoluują ku radości, a gdzie tego nie ma, musi być wzmożona modlitwa. Bóg sobie z każdym poradzi. Pewność tego jest swoistym opatrunkiem na rany zadane czasem nieświadomie przez drugiego człowieka, a z takim "opatrunkiem" to już nic radości nie umniejszy.

Relacja z Bogiem, drugim człowiekiem powinny dawać radość życia, a co z relacją z samym sobą?

- Tu jest walka, niemal w każdej minucie. Jeśli jednak podobno Karol Marks powiedział, że walka jest jego szczęściem, o ileż większym szczęściem jest walka o ciągłe poszerzanie dobra we własnej duszy? Wsparta w dodatku świadomością, że teraz już wszystko zależy tylko ode mnie. Chrystus zrobił dla mnie wszystko i nadal otacza mnie troskliwą opieką. Wciąż jest więc "kolej na mnie". Mimo iż odznaczam się często oślim uporem, trwając przy swoich wadach, mam pewność, że On zwycięży. I to jest radość, jakiej świat dać nie może...

Czy w dzisiejszych czasach można żyć tak, by fatalizm, pesymizm, a w najlepszym przypadku realizm szarej, czasem brudnej, odartej nierzadko z nadziei codzienności miał najpierw nutkę, a później całą partyturę optymizmu?

- Ksiądz Prymas Wyszyński zapytany, jak można pomóc Kościołowi, powiedział: "Przede wszystkim być w stanie łaski!". Powtarzam to i ja wszystkim, których trudna rzeczywistość frustruje i zniechęca. Trzeba zawrzeć na serio przymierze z Panem Bogiem. Przejść z Panem Bogiem na "Ty", a z szatanem na "proszę pana". Zaufać, że On nie wyprowadzi na manowce. Nie usunie cierpienia, ale pokaże jego sens. I cel człowieka. A wtedy możemy próbować zaśpiewać z franciszkanami: "Bo radość jak przypływ morza uderza o serca brzeg...". I pojmiemy sens adwentowego, Pawłowego: "Jeszcze raz mówię - radujcie się".

agger - Sob 24 Sty, 2009 15:52

Świadectwo Carmen z Meksyku:

“Byłam niechętnie usposobiona do wyjazdu do Medjugorja, lecz moja siostra nalegała. Jak wiesz, ponad dwadzieścia lat temu wyszłam za mąż za wspaniałego mężczyznę. Dla mnie to było pierwsze małżeństwo, lecz dla niego drugie (rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną). Od chwili zawarcia małżeństwa cierpieliśmy bardzo dużo. Byliśmy wyrzutkami rodziny. Miejscowy ksiądz z naszego miasteczka powiedział nam, że żyjemy w grzechu. Stwierdziłam, że trudno było mi uwierzyć, że to było grzeszne, skoro mój mąż pod każdym względem był cudownym i wiernym mężczyzną.

Dwa lata temu umarł mój mąż. Poczułam się bardzo osamotniona. Moja siostra nalegała, żebym zbliżyła się do Kościoła, lecz za każdym razem, gdy próbowałam to zrobić, czułam wewnątrz siebie coś, co mnie powstrzymywało. Wstydziłam się i czułam się zraniona przez tych, którzy mnie unikali, chociaż twierdzili, że kochają Boga. Pozostałam z dala od Kościoła.

Gdy siostra poprosiła mnie, żebym towarzyszyła jej do Medjugorja, nie wywołało to u mnie zachwytu, chociaż przyjęłam możliwość zrobienia czegoś poza zwykłą rutyną. Jak pamiętasz, powiedziałam ci, że samo wspomnienie modlitwy sprawiało, że czułam się wewnętrznie chora i chociaż chciałam podróżować, to nie chciałam jechać na pielgrzymkę. Ale jadąc do Medjugorja na 20-tą rocznicę objawień stwierdziłam, że nawet w nie nie wierzyłam! Zawsze próbowałam unikać takich rzeczy, szczególnie modlitwy lub adoracji lub Mszy św., lecz ciągle zapraszałeś mnie, żebym się przyłączyła, jeśli będę miała ochotę. Chociaż miałam za złe to zapraszanie, chciałam przyłączyć się do ciebie, ponieważ wydawałeś się taki pewien tego, co mówisz o Matce Bożej. Byłeś pierwszą osobą, która nie podkreślała cudów Medjugorja, lecz raczej orędzia miłości, jakie Matka Boża ma dla nas wszystkich i to sprawiło, że poczułam się swobodnie.

Wysiadając z łodzi w Splicie miałam chorobę morską i już zdążyłam znienawidzić siebie i swoją siostrę za to, że mnie zabrała. Lecz gdy przybyłam do Medjugorja, poczułam w sercu szczególne poruszenie. Po rozmowie z tobą w autobusie, coś wewnątrz mnie powiedziało mi, żebym dała sobie szansę. Wspomniałeś, że Matka Boża przychodzi, żeby w szczególny sposób opiekować się swymi chorymi dziećmi i to było widać w twoim nawróceniu. Mówiłeś także, żebym nie szukała znaków na niebie czy w przyrodzie, lecz żebym spojrzała do wnętrza, żebym otworzyła swe serce na te cztery dni, gdy będę w Medjugorju. Tak bardzo chciałam to uczynić. Gdy pokazałeś wzgórze objawień, poczułam, jak coś w mym wnętrzu przynagla mnie do wejścia na górę. Nawet jeśli nienawidziłam wspinania się na wzgórza, weszłam z naszą grupą, odmawiając różaniec (którego ponownie się nauczyłam!) Na szczycie odczułam pragnienie, żeby być sama, więc poszłam do drewnianego krzyża, poza miejscem, gdzie siedziała grupa i tam pozostałam.

Zagłębiłam się w sobie, pragnąc dowiedzieć się, czy mój mąż poszedł do nieba. Był dobrym człowiekiem, a ja modliłam się za niego. Gdy byłam gotowa odejść, odwróciłam się, żeby spojrzeć na ciebie i na grupę, ale odeszliście. Wtedy z przerażeniem zaczęłam szukać kogoś, kto by mi pomógł znaleźć drogę do zejścia. Zaczęłam chodzić i wtedy zobaczyłam tego księdza i spytałam go, czy nie mówi po hiszpańsku. Ku memu zdziwieniu powiedział, że tak, więc spytałam go, która droga prowadzi w dół wzgórza. Spytał mnie, dlaczego odchodzę, a ja powiedziałam, że już zobaczyłam to miejsce. On mi powiedział, że nie jestem tu, żeby zobaczyć, lecz żeby się modlić, ponieważ jest to jedyny sposób, w jaki naprawdę mogę zobaczyć oczyma swego serca. Nie czułam się wobec niego skrępowana i w odpowiedzi rzekłam, że się również modliłam. Lecz on odpowiedział mi, że muszę modlić się więcej. Wtedy uświadomiłam sobie, że rozmawiam z księdzem po hiszpańsku! Byłam szczęśliwa, że mogę rozmawiać z kimś oprócz księdza, który przyjechał z naszą grupą, ponieważ wstydziłam się wyjawić mu swoje myśli. Pamiętam także, że powiedziałeś mi, żebym modliła się do Matki Bożej, żeby Ona umieściła w moim życiu świętego księdza, żeby mi pomógł uporządkować moje uczucia i otworzyć moje serce. Więc pomyślałam sobie: “Szybko odpowiedziała na moje wołanie!”

Spytałam tego księdza, czy mogę z nim porozmawiać o sobie i wtedy zaczęłam mu mówić o swoich wątpliwościach, o życiu, mężu, dzieciach i podróży do Medjugorja. Opisałam mu swoje głębokie pragnienie zbliżenia się do Eucharystii i opowiedziałam o lęku, że to grzech, że wyszłam za człowieka rozwiedzionego. Wytłumaczyłam mu, że kochałam tego człowieka. To było ciekawe, ponieważ ja mówiłam i mówiłam, a on słuchał z niewiarygodną uwagą, nigdy nie przerywając. Gdy skończyłam, on spojrzał w moje oczy spojrzeniem, którego nigdy nie zapomnę, głębokim spojrzeniem, które było współczujące i pełne miłości, miłości kogoś, kto jest po to tylko, żeby pomóc. Następnie mówił o ważności sakramentu pojednania i jaki to jest dla nas niewiarygodny dar i o tym, jak Jezus wyciąga ręce, żeby objąć nimi wszystkie nasze grzechy i uzdrowić nasze serca. Przypomniał mi pewne wydarzenia z Ewangelii takie, jak uzdrowienie chromego i przebaczenie Marii Magdalenie. Spytałam go, czy wierzy w objawienia. Powiedział, że matka zawsze będzie szukać swoich dzieci, szczególnie, gdy są chore. A ludzkość jest teraz chora, utraciła wiarę, lecz jeśli się modlimy i pościmy i żyjemy zgodnie z Ewangelią, to zacznie się piękny świat. Powiedział mi, że potrzeba nam wiary, a dzięki modlitwie wiara się umocni.

Zaczęliśmy schodzić ze wzgórza w kierunku ulicy, a po chwili uświadomiłam sobie, że opowiedziałam mu historię całego swojego życia i że muszę poprosić go o błogosławieństwo i przebaczenie grzechów. Spojrzał na mnie i położył rękę na mojej głowie. Powiedział mi, żebym poszła i poszukała spowiedzi u księdza, spowiedzi sakramentalnej. Spytałam go, czy może mi udzielić rozgrzeszenia, a on mi odpowiedział, że my tylko rozmawialiśmy, ale że powinnam pójść do spowiedzi przede Mszą św. podczas różańca. Powiedział mi, że powinnam poszukać księdza w drugich drzwiach za konfesjonałami.

Tego popołudnia wzięłam różaniec, który mi dałeś i poszłam prosto do konfesjonału, o którym mi powiedział ksiądz, mając nadzieję, że go tam znajdę. Lecz ku memu zdziwieniu znalazłam księdza z Argentyny (tak sądzę) i otrzymałam sakrament pojednania. Dla mojego serca było to jak balsam! Naprawdę mogłam odczuć uleczenie wszystkich moich ran. Odczułam znaczenie przynależności do Boga i Jezusa i zaczęłam płakać i płakać. Był to już czas Komunii św., gdy przestałam płakać i po raz pierwszy od ponad 20 lat otrzymałam Eucharystię, ten błogosławiony pokarm! Pamiętam historię o mannie z nieba i rzeczywiście chodziłam po pustyni bez tego cudownego pokarmu!

Tego wieczora gdy spacerowałam z tobą, opowiadając ci o tym cudownym wydarzeniu, ujrzałam na małym znaczku obrazek księdza, z którym tego dnia rozmawiałam na wzgórzu. Wskazałam na niego i powiedziałam ci, że to był ten ksiądz, o którym ci mówiłam. Pamiętam, że miałeś dziwny wyraz twarzy, lecz nie mówiąc ani słowa znalazłeś wymówkę udając, że oglądasz w sklepie jakieś medale. Widziałam, że zwilgotniały ci oczy.

Teraz rozumiem, że nie chciałeś mi powiedzieć, kim był ten ksiądz. Lecz siostra powiedziała mi, że to był ojciec Slavko, święty ksiądz, który umarł w listopadzie. Dziękuję, że nie komentowałeś tego w tym czasie, ponieważ nie zrozumiałabym. Teraz mogę iść w świat mówiąc o niewiarygodnej miłości, jaką otrzymałam od mojego Pana, Jezusa i o niewiarygodnym darze, jaki Matka Boża dała mi na rocznicę swych objawień!

Teraz modlę się i poszczę i uczęszczam na codzienną Mszę św. W żaden sposób nie mogę opuścić Eucharystii po tym wszystkim, jak opuszczałam ją przez tak wiele lat. Chcę nadrobić te stracone lata. Modlę się, żebyś nadal mógł przynosić Medjugorje i Matkę Bożą wielu ludziom takim jak ja, którzy chodzą w ciemnościach. Modlę się za swoją matkę, która odeszła 10 lat temu. Była bardzo pobożną kobietą i gdy spytałam ją, dlaczego tak wiele się modli, po prostu powiedziała, że któregoś dnia zrozumiem. Naprawdę rozumiem, jej modlitwy przyniosły mi światło 10 lat później. Teraz rozumiem wartość wszystkich moich modlitw. Każdego drugiego dnia miesiąca wstaję o 4.00 rano, żeby modlić się z Mirjaną i Matką Bożą za niewierzących. Modlę się za tych wszystkich, którzy mają nie uporządkowane serca, a szczególnie za tych, którzy właśnie teraz prowadzą wojnę. Jestem pewna, że jeśli będziemy pościć i modlić się, to oni się nawrócą i rzeczywiście zatriumfuje Serce Matki Bożej i Najświętsze Serce Jezusa.

Przekaż innym moje doświadczenie, jeśli sprawiłoby to coś dobrego. I dzięki.”

daniel.a - Czw 12 Lut, 2009 09:52

Moja choroba zbliżyła mnie do Boga

"Ojcze, dziękuję Ci za moje ograniczenia bo dzięki nim poznaję, że potrzebuję Ciebie i że potrzebuję moich braci" (Z modlitw o pokorę).

Pytanie: "Dlaczego spotkała mnie taka choroba?" długo pozostawało bez odpowiedzi, ale w czasie trudnego okresu jej trwania odkryłam obecność i działanie Boga w moim życiu - Przeżyć takie doświadczenie choroby to tak, jak wyjść z miejsca ciemności, lęku i bólu na światło -dostrzec, że Jezus zawsze był blisko.

Gdy miałam sześć lat, ujawniła się u mnie łuszczyca, która bardzo szybko zaatakowała widoczne miejsca na skórze mojego ciała. Rozpoczęło się długie i uciążliwe leczenie przez stosowanie diety, różnych maści i kuracji ziołowej. Nie przynosiło to żadnych pozytywnych skutków. Pamiętam z okresu wczesnego dzieciństwa moją mamę, która płakała nade mną i modliła się o moje zdrowie. W 1956 roku w czasie Mszy świętej na Jasnej Górze powierzono mnie i moją chorobę Matce Bożej.

Bardzo trudnym okresem w moim życiu było dorastanie, gdyż szczególnie wtedy odczułam ciężar tej choroby. Oprócz bólu fizycznego zaczęłam w sposób dotkliwy doświadczać bólu psychicznego zadawanego przez moich rówieśników. Czułam się jak trędowata, nikomu niepotrzebna, bez przyszłości. I chociaż rodzice otaczali mnie miłością, wydawało mi się, że jestem dla nich przede wszystkim ciężarem.

Gdy miałam dziewiętnaście lat, nastąpiło takie nasilenie objawów choroby, że nie mogłam już być leczona w domu. Znalazłam się więc w szpitalu Akademii Medycznej w Gdańsku. Mój stan psychiczny był beznadziejny. Czułam w sobie żal i bezsilność, a zamiast radości życia, naturalnej dla człowieka w tym wieku, okazywałam wymowne milczenie i smutek. Pamiętam, że w takim stanie ducha zastał mnie ksiądz Leon Dąbski, który odwiedzał chorych na moim oddziale. To dzięki jego słowom zachęcającym mnie do modlitwy obudziła się we mnie iskierka nadziei. Do dzisiaj pamiętam to, co do mnie powiedział: "Módl się, a jeżeli będziesz prosiła o cokolwiek Matkę Najświętszą, Ona cię nie opuści. Bądź cierpliwa i głęboko wierz". Wtedy pojawiła się we mnie nadzieja, że może spełni się moje marzenie, bym mogła kiedyś założyć bluzkę z krótkim rękawem i nie ukrywać mojej chorej skóry. Ten trzymiesięczny pobyt w szpitalu był ciężki nie tylko ze względu na to, iż miałam świadomość, że jest to choroba nieuleczalna, ale też dlatego, że byłam traktowana jako pomoc naukowa dla studentów oraz obiekt eksperymentów - sprawdzania nowych metod i środków leczenia tej choroby.

A jednak Pan dał taki czas, że zewnętrzne objawy choroby ustąpiły, choć pozostawiła ona głębokie ślady w mojej psychice. Przede wszystkim żyłam w ciągłym lęku przed jej nawrotem. Ponadto miałam trudności w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi, bałam się nowych znajomości. Po ukończeniu szkoły średniej powzięłam postanowienie, że nie wyjdę za mąż, aby nie być dla nikogo ciężarem i nie wnosić do małżeństwa swojego cierpienia i lęków.

Rozpoczęłam pracę zawodową i chciałam zapomnieć o przeszłości. Pan Bóg miał jednak inne plany w stosunku do mnie. W miejscu pracy poznałam mojego przyszłego męża, urodziłam dwie zdrowe córki i byłam szczęśliwa aż do czasu powrotu choroby. Znowu znalazłam się w szpitalu. Tym razem jednak wierzyłam w Bożą pomoc. I nie zawiodłam się. Szybko wróciłam do zdrowia i od tego czasu nie było już nawrotów choroby. Chociaż cierpię na różne dolegliwości zdrowotne, które pozostawiła po sobie łuszczyca, to wierzę, że Pan dał mi się odnaleźć właśnie przez tę chorobę. Jestem wdzięczna Bogu, że postawił na mojej drodze kapłana, którego wiara i ufność pomogły mi zacząć zwracać się do Boga w modlitwie. Modliłam się z ofiarowanego mi przez niego modlitewnika. Dzisiaj, po ciężkim doświadczeniu mojej choroby, dziękuję Bogu nie tylko za uzdrowienie, ale i za dar modlitwy, za radość z Jego obecności w moim życiu. Przeprowadzając mnie przez doświadczenie nieuleczalnej choroby, Bóg pozwolił mi odnaleźć Siebie. Pan Jezus stał się najważniejszy w moim życiu. Szczerze pragnę, by każdy człowiek chory i cierpiący mógł doświadczyć Bożej miłości i miłosierdzia. Modlę się o to gorąco, posługując we wspólnocie grupy modlitewnej za chorych, cierpiących i konających. Chwała Panu za Jego wielką miłość!


Zofia

Romano - Czw 30 Kwi, 2009 14:08

Artykuł: Aby po prostu żyć inaczej

Dodany: 2009-04-17

Ola, choć ma dopiero 19 lat, posiada bogaty bagaż doświadczeń. Życie nie oszczędziło jej cierpień i bólu. Niedługo stanie przed możliwością rozpoczęcia nowego etapu. Zapewnia, że dobrze z niego skorzysta, że nie będzie powielać błędów swoich rodziców. Chce stworzyć rodzinę i ciepło domowego gniazdka, o którym sama mogła jedynie marzyć.


Ola urodziła się w Niemodlinie. Tam też dorastała. Życie potoczyło się nie tak, jak miało być. Rodzice nadużywali alkoholu, dlatego ograniczono im prawa rodzicielskie. Kiedy miała sześć lat, wspólnie z siostrami trafiła do domu dziecka w Brzegu. Dziewczyna ma jeszcze brata, ale rodzeństwo zostało rozdzielone ze względu na różnicę wiekową. – Po dwóch miesiącach babcia wzięła mnie i brata do siebie – wspomina Ola. W małej miejscowości pod Opolem dzieci wychowywały się pod okiem matki ojca rodzeństwa. U babci spędzili dziesięć lat. W tym czasie wielokrotnie odwiedzali swoich rodziców. Jak wspomina dziewczyna, czasami zostawali na noc. Po jakimś czasie Ola zaczęła opuszczać się w nauce. Wagarowała. Czas, który miała poświęcać na siedzenie w szkolnej ławce, wolała przeznaczyć na przechadzki z koleżankami. Pewnego dnia policja zabrała brata Oli do domu dziecka w Chmielowicach. – Moja babcia była zaskoczona, dopiero kiedy spotkałam się z rodzicami, powiedzieli mi, że sama mam zgłosić się do tej samej placówki – wspomina. Tak też zrobiła, nie chciała już niepotrzebnych problemów, ucieczek.
Minęło kilka lat. Dziś Ola kończy trzecią klasę handlówki. Ma praktykę, za którą dostaje 130 złotych, do tego kieszonkowe z domu dziecka. Niewiele, ale na bieżące potrzeby musi wystarczyć. Choć bez pomocy innych ciężko związać koniec z końcem. Ma na szczęście jeszcze dom nad głową, ciepłe posiłki. W placówce może pozostać do ukończenia szkoły. Potem musi sobie już radzić sama.
We wrześniu ubiegłego roku dziewczyna napisała pismo do Urzędu Miasta w Niemodlinie. Że się usamodzielnia, że jej rodzice mają małe mieszkanie, że chce pracować i kontynuować naukę. Po dwóch miesiącach dowiedziała się, że magistrat pozytywnie rozpatrzył jej prośbę. Otrzyma lokal socjalny. Gmina przekaże klucze do sześciu miesięcy od momentu opuszczenia domu dziecka. – Zapytałam się, gdzie mam być przez te pół roku – wspomina. – Pracownik spojrzał na mnie i tylko poruszył ramionami – dodaje.
Na szczęście dziewczyna nie jest sama. Oprócz sióstr, które odwiedza i na których wsparcie może liczyć, ma też chłopaka. Pawła zazdroszczą jej koleżanki. Bo przyjeżdża po nią samochodem, bo ją odwozi, bo spędzają razem dużo czasu, bo widać, że ją kocha. Ich związek trwa już blisko trzy lata. Młodzi nie myślą jeszcze o ślubie, ale wspólne zamieszkanie pod jednym dachem, przebywanie z sobą 24 godziny na dobę z pewnością zweryfikuje ich uczucie.
Do lipca wiele czasu nie pozostało – wówczas Ola kończy zawodówkę. – Ale tak z perspektywy czasu uważam, że pobyt w domu dziecka dał mi wiele. Przede wszystkim wzięłam się do nauki, zaczęłam chodzić do szkoły, a nie wagarować. Poważnie myślę o swoim życiu, o tym, co będę robić – przyznaje.
Ostatnio ukończyła kurs prawa jazdy. Nieodpłatnie ufundował go Ośrodek Szkolenia Kierowców „Strażak”. – Człowiek aż chce pomagać innym, kiedy widzi jak wiele daje im to szczęścia – przyznaje Marek Twaróg, szef ośrodka. – Prawo jazdy dziś jest niezbędne. Ola ma wielkie ambicje i z całego serca życzę, aby jej życie, to w dorosłości, nie było takie, jakie do tej pory znała. Jeśli szkolenie u mnie i posiadanie prawa jazdy wpłynie na to, że znajdzie pracę, że będzie jej lepiej, to będzie mi bardzo miło, że choć troszkę pomogłem jej w starcie w dorosłość – dodaje.
– Mama nie pije już od trzech miesięcy, ojciec czasami piwko – mówi dziewiętnastolatka. – Z zasiłku ciężko się utrzymać, dlatego tak bardzo zależy mi na znalezieniu jakiejś pracy, aby po prostu żyć inaczej – konkluduje.

Łuk

P.S. To historia nastolatki z niedalekiej okolicy w naszym opolskim województwie.Wydaje mi się,że przejmująca i godna podziwu...
Życzmy Oli wytrwałości i spełnienia...

Miczka Roman - Czw 30 Kwi, 2009 20:57

O utraconej przyjaźni

Mała wieś; drogą przejeżdża rowerzysta. To młody chłopak, który mieszka tu w okolicy, od dłuższego czasu trenuje kolarstwo. Jest bardzo lubiany, ma wiele kolegów i koleżanek. Wszyscy oni wierzą w to, że Michał zostanie kiedyś sławnym kolarzem.

Czas szybko mijał. Minęły trzy lata, w czasie których chłopak ciężko i wytrwale trenował. Zaczął wreszcie osiągać sukcesy. Wygrał kilka wyścigów, które dały mu pewność siebie. Coraz więcej czasu poświęcał na treningi, jednocześnie coraz rzadziej spotykał się ze swoimi starymi znajomymi. Poznawał wciąż nowych, wpływowych ludzi i zapominał o tych, którzy w niego wierzyli, gdy rozpoczynał karierę. Z czasem zaczął na nich patrzeć z góry, stał się zadufany w sobie. Nie dzwonił do nich, nie odwiedzał. Minęły jeszcze dwa lata i Michał zapomniał o swoich korzeniach. Miał piękną willę, sportowy samochód. Niestety, im bardziej był sławny i bogaty, tym bardziej czuł się samotny. Zapomniał o jednej, ważnej rzeczy, że pychajest największym złem tego świata.

Czy pamiętam o swoich bliskich, ludziach, którzy byli mi życzliwi? Może gdzieś wśród codziennych spraw, w ciągłej pogoni za gotówką, zapomniałem o ojcu, matce; może nie odwiedzam nawet ich grobu. Jacy byli ci ludzie, którzy we mnie wierzyli? Co się teraz z nimi dzieje? Przyjaciele z podwórka. Razem bawiliśmy się w berka. A dziś niektórzy mają własne rodziny, inni wyjechali do wielkiego miasta w poszukiwaniu pracy, a są i tacy, którzy tragicznie zginęli w wypadku. Pamiętajmy o nich, gdy staniemy u szczytu kariery.


Marcin Melon

agger - Sro 02 Wrz, 2009 12:23

Sprawdź,czy to cię zaciekawi...

http://interia.tv/wiadomo...681,0,1,1360436

Romano - Nie 11 Paź, 2009 00:18

Najpiękniejsza sutanna

Okazuje się, że w stan najwyższego zdumienia może wprawić rzecz na pozór całkiem zwyczajna. Przekonałam się o tym jakiś czas temu, zobaczywszy... księdza w sutannie.

W sprawie noszenia - czy też nienoszenia - sutanny przez kapłanów wypowiedzieli się już na łamach "Idziemy" świecki i ksiądz. Temat okazał się ważny; może ważniejszy, niż by się w pierwszej chwili zdawało. Niech więc wolno będzie wypowiedzieć się na ten temat jeszcze głosowi żeńskiemu. Nie dla politycznej poprawności, ale dlatego że, jak napisał niedawno, również w naszym tygodniku, a propos kapłaństwa kobiet o. Jacek Salij: "kobiety zwracają często uwagę na rzeczy, których męska wrażliwość i wyobraźnia nie dostrzega".

Podjęcie tematu przez p. Tomasza Sulewskiego niezmiernie mnie usatysfakcjonowało. Podobnie jak jego argumentacja, wyczerpująca, szeroka i mająca świetne oparcie nie tylko w indywidualnym czy zbiorowym widzimisię, ale i w dokumentach Kościoła. Trudno było także nie zgodzić się z niektórymi argumentami ks. Henryka Zielińskiego, nieco łagodzącymi bezwzględny wymóg noszenia sutanny. Chociaż kiedy spróbowałam wyobrazić sobie papieża "na krótko", w białej marynarce, moja wyobraźnia się skończyła.

Ogólnie z polemiki wynika, że sutanna być powinna. A nie jest. Nie zamierzam tu wynajdować kolejnych "za" czy "przeciw", bo padło ich naprawdę sporo. Chciałabym natomiast powiedzieć, w jakich okolicznościach zdałam sobie sprawę, że sutanny jest za mało. Było to podczas rodzinnej przechadzki w parku na warszawskim Marysinie. Kiedy u wylotu głównej alei zoczyliśmy czarną postać, w pierwszym odruchu niemal przetarłam oczy ze zdumienia. Wśród tłumu spacerowiczów z dziećmi, psami i rowerami był to widok zgoła surrealistyczny.

Skutek był taki, że gdy parę chwil później zrównaliśmy się z właścicielem sutanny, spotkanie wypadło bardzo przyjacielsko. - Skąd my się znamy? - zapytał ksiądz po wymianie serdecznych powitań i zagajeń. Jak się okazało, myślał, że widocznie zetknęliśmy się dawniej na jakiejś oazie. Ale tak nie było. Wcale się nie znaliśmy. Entuzjastyczne przyjęcie w bramie parku niewątpliwie zawdzięczał sutannie. A my zawdzięczaliśmy jej przypływ nieoczekiwanej radości i energii na resztę dnia.

Skoro widok księdza w sutannie może wywołać tak silne uczucia - bynajmniej nie wrogości i odrzucenia - to chyba jednak coś tu jest nie tak. Warto się zastanowić, w czym rzecz; wszak "uczucia są przednią strażą poznania".

Być może dla wiernych świeckich to łaska Boska, że widują sutannę rzadziej niż rzadko. W końcu najłatwiej docenić to, czego nam zabrakło. Tym niemniej potrzeba powrotu sutanny "pod strzechy" wydaje się nagląca. Mam wrażenie, że powoli domyka się pętla zataczana od czasu, kiedy księża jako "wujkowie" we fłanelach zaczęli wychodzić ku młodzieży. Nie zapominajmy zresztą, że w tamtym czasie nie bez znaczenia była konspiracja. I że przynajmniej tyleż o nią chodziło, co o łapanie kontaktu z młodymi. (Nawiasem mówiąc, ci, którym to drugie dobrze szło we flaneli, w sutannie radzili sobie nie gorzej. Nie sutanna jest tym, co najbardziej może zniechęcić do kapłana, tak jak i nie jest tym, co najbardziej może ku niemu pociągnąć.) Dzisiaj chodzenie księdza "po cywilu" może się raczej wydawać mimikrą. Tymczasem nasza współczesność niezmiennie przekonuje, że to obraz jest pierwszym nośnikiem treści. Na ogół istnieje to, co można zobaczyć. A jak zobaczyć kapłana bez "umundurowania"?

Owszem, jako kilkulatkę oszołomiło mnie odkrycie, że ksiądz pod sutanną ma spodnie, ba, dżinsy! Ale było to dawno. Dzisiaj raczej nie omijam okazji, by, zobaczywszy księdza w sutannie poza "kruchtą", nie okazać mu, jak ważny, budujący i zwyczajnie miły widok jest to dla mnie, osoby świeckiej. Zwłaszcza w świecie, w którym najchętniej odmówiłoby się miejsca nawet biciu kościelnych dzwonów, nie mówiąc o krzyżyku na szyi. I wyznam, że jakoś mi nijako, gdy w odpowiedzi otrzymuję machnięcie ręką i zakłopotane: "Ach, idę dziś do biskupa".

Jeżeli mówimy o sutannie jako o odpowiedniku małżeńskiej obrączki, to która żona nie czułaby się dziwnie, gdyby mąż nakładał swoją obrączkę tylko do sypialni? Co prawda bywa i tak, że np. charakter jego pracy naraża go na utratę obrączki wraz z palcem. W takim przypadku dobrze się dzieje, gdy nakłada ją przynajmniej w czasie wolnym. Oznacza to bowiem, że nie jest mu wszystko jedno, lecz że znak wciąż dla niego znaczy. W końcu po to znaki są.

Przypomina mi się mój ulubiony wujek Januszek, który, nadając ostatni szlif swojemu przyodziewkowi, zwykł niezmiennie mawiać: "Bo, proszę państwa, najpiękniejsza koszula nie zdobi tak jak marynarka". Myślę, że nie byłoby źle, gdybyśmy, chociaż w Roku Kapłańskim, mieli więcej okazji widywania księży w sutannach. Niechby już zaraz nie zawsze i wszędzie, tylko po prostu więcej. Bardzo tego potrzeba. Bo, proszę księdza, najpiękniejsza marynarka nie zdobi tak jak sutanna. Nawet marynarka z koloratką.


Lidia Molak


Tekst pochodzi z Tygodnika "Idziemy"

daniel.a - Nie 25 Paź, 2009 06:53

"Kapliczka"

Przyszedł wtorek. Pomyślałam sobie, że to kolejny dzień, który nic nie wniesie w moje życie. Postanowiłam, więc wziąć rower i jechać w nieznane. Dotarłam do małej wioski. Przy jednym z domów zobaczyłam śliczną kapliczkę wraz ze zdjęciem małego dziecka. Przystanęłam na chwilę. Po chwili podeszła do mnie mała dziewczynka Maria mająca około 10 lat. Była to szczupła blondynka z niebieskimi oczami. Dowiedziałam się od niej, że ta kapliczka została zbudowana po śmierci jej malutkiej siostry Ani, która zmarła po ciężkiej chorobie.

Przez kolejne dni wywiązała się między nami przyjaźń. Dużo opowiadała mi o swojej zmarłej siostrze. Wyznała, że jest chora na taką sama chorobę, jaką miała jej siostra. Powiedziała, że w każdej chwili może To się stać. Mimo tego, spotykałyśmy się codziennie pod tą kapliczką. Jednak pewnego dnia nie przyszła. Mijały dni a ona nie przychodziła.

Po miesiącu w niedzielę poszłam tam znów z nadzieją, że ją zobaczę, ale zamiast niej zobaczyłam tam drugą kapliczkę ze zdjęciem Marii... Obok zauważyłam list skierowany do mnie napisany 17 lipca, czyli wtedy, kiedy się poznałyśmy. Otworzyłam i zaczęłam czytać: "Nasza przyjaźń jest wieczna i nie zniszczy jej nawet śmierć".


Marta



9 kwietnia...

...Dom...

...8 kwietnia 2005, godz. ok. 5 rano, spada ciśnienie krwi u córki, ma problem z oddychaniem, zwiększam przepływ tlenu, cały czas półprzytomna, ale świadoma, bo reaguje na mój dotyk, mą obecność... dzwonię do doktor do domu, budzę, i pytam się co robić, córka... słabnie. Rozmowa z doktor... trudna, drży głos, bo myśli biegną do córki, do jej życia... Decyzja... erka, respirator, i pytanie, jak długo, czy dom, cisza, spokój, czekanie na "Wykonało się..." ? Rozmowa... i łzy. Pytanie "Dlaczego, Boże... dlaczego to dziś, dziś pogrzeb Ojca Świętego... a mnie boli bardziej, bo zabierasz też i mą córkę...?". ...podjęłam decyzję ...zostajemy w domu, koniec z rurkami, z reanimacją, teraz dam jej ciszę, spokój, dam jej ostatnie tchnienie mej miłości, tak nie wiele czasu wszak nam zostało. Za poleceniem lekarza z hospicjum, odłączam wszystkie leki, żywienie pozajelitowe... zostaje tylko pompa morfinowa, i to już na ciągłym wlewie, i małe stężenie. I zostaliśmy tylko my... Ania i dom...

...9 kwietnia... wiosna... kwiaty budzą się do życia... pod błękitnym niebem skowronek śpiewa psalm ku życiu, a... Ania w ciszy odchodzi, uśmiechnięta, bo otrzymała to, co najcenniejsze, naszą miłość i ciszę w tych ostatnich dniach swego życia. Odeszła spokojna... a ja... zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Otrzymałam od Boga 9 lat temu DAR, miałam nim się opiekować, pielęgnować Go, kochać... i musiałam o jednym tylko pamiętać....to nie było moje, tylko należało do Boga. Miałam ten DAR 9 lat... to wspaniałe lata, mimo cierpienia, bólu, wyrzeczeń... to lata miłości...

Bóg dał i Bóg zabrał... Jego Wola, nie moja, ani nie lekarzy, tylko... Jego.

"Nie bój się, gdy umrzesz w drzwiach do Krainy Życia - szeptał Anioł Śmierci.
- Tak się narodzisz na zawsze...".

...to był dobry wybór - śmierć Ani w domu. Mogła w tym uczestniczyć cała rodzina. Było tak cicho, spokojnie, bez pośpiechu, szarpaniny. Każdy miał czas i miejsce na płacz, na modlitwę. Byliśmy tylko w domu my i Ania. Gdy Ania umierała cały czas trzymałam jej rączkę w mojej dłoni - to był ostatni dotyk Ani...

Miałam czas na pożegnanie się z Córką, utulenie Jej przed ostatnią podróżą. Był czas na ubranie, pielęgnowanie i z takim namaszczeniem to robiłam. Nikt nas nie poganiał, nie krzyczał, nie wyganiał. To my byliśmy w tym miejscu i w tym czasie najważniejsi. Wszyscy liczyli się z naszym głosem, łącząc się w naszym bólu.

Ania do końca była otoczona miłością i ciepłem, bez pikania aparatów, kabli, rurek. Te chwile stały się takie intymne. To ode mnie zależało kiedy Zakład Pogrzebowy zabierze Anię do kaplicy. Decydowałam sama, bez narzucania czyjeś woli. I wiem, że śmierć w domu dla Ani, i dla innych dzieci nieuleczalnie chorych jest nagrodą za ich ciężkie i trudne lata choroby, często w ogromnym cierpieniu. Im się to od nas - dorosłych należy.

Trudno jest rodzicom pogodzić się ze śmiercią dziecka, każda matka do końca jeszcze walczy. Ja też taka byłam. Trzeba jednak wziąć pod uwagę dobro dziecka, uszanować Jego zdanie i wolę. Niech Ono raz zadecyduje w tym chyba najważniejszym momencie i wyborze swego życia. Pozwólmy, żeby nasze Dziecko, na ile umie mówić, zadecydowało o miejscu swej śmierci. Posłuchajmy się tylko ten jedyny raz, a zobaczymy, że warto. Moja Córka sama zadecydowała i dokonała wyboru i teraz wiem, że był to słuszny wybór.

Dzięki temu przeżyliśmy śmierć wszyscy razem, na naszych oczach dokonała się ta wielka Tajemnica.

Aniu... to dla Ciebie, wiersz od Izy, pisarki od Aniołów

Promyczek Mały Aniołku, odwiedzasz nas wtedy,
ilekroć dotykamy Ciebie myślami.
Zjawiasz się nagle, jak promyk łaski,
by uanielić nas swymi skrzydełkami.

Poznaliśmy Twoje imię, córeńko,
gdy po raz pierwszy Bóg posłał Cię na ziemię,
byś uświęciła nas swą obecnością
i zapewniała o istnieniu Aniołów w Niebie.

Maleńka światłości, cząsteczko Boga,
Aniu, niebiański Aniele,
święta Boża kruszyno
- w nasze życie, radości wniosłaś tak wiele.

autorka: Iza Marciniak

Romano - Pią 13 Lis, 2009 22:39

Świadectwo Teresy:

Pielgrzymka do Medjugorie jest niewątpliwie .... ogromną łaską dla osoby, która weźmie w niej udział. Ufam, że Matka Boża każde dziecko, które chce obdarzyć swoim pokojem zaprosi indywidualnie. Tak było w moim przypadku ( poznałam też wiele osób, które miały podobne spostrzeżenia)
Pierwsza moja pielgrzymka miała miejsce w lipcu 2001roku czyli krótko po obchodach dwudziestej rocznicy objawień.
W sierpniu 2000 roku brałam udział w pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Na jednym z etapów w czasie przerwy na odpoczynek, jedna z uczestniczek nawiązała ze mną rozmowę. Głównym tematem były pielgrzymki do Sanktuariów Maryjnych. Po ustaleniu gdzie byłyśmy a gdzie jeszcze powinnyśmy dotrzeć, z ust mojej rozmówczyni padło pytanie: co sądzę o Medjugorie? Odpowiedziałam: może kiedyś się wybiorę. Tak naprawdę to chciałam uciąć rozmowę gdyż w tym momencie nie posiadałam wiedzy na ten temat. Wiedziałam tylko tyle: były jakieś objawienia , których Kościół jeszcze nie potwierdził.
Pielgrzymka się skończyła nawet zanotowałam sobie nr telefonu do Pani Małgosi ( tak miała na imię) ale jakoś czas leciał a ja miałam świadomość , że dzieli nas 70 km i to chyba nie jest dobry pomysł na” koleżankę”. W moim życiu następowały kolejne zakręty: w pracy totalna klapa, pieniędzy już nie wystarczało na bieżące opłaty i najlepiej co w tym momencie nam wychodziło to kłótnie małżeńskie. Próbowaliśmy ustalić kto jest odpowiedzialny za ten stan rzeczy i nie udało nam się porozumieć. Zaczął się potęgować mój strach i niepokój o naszą przyszłość. Nie widziałam żadnego sensownego rozwiązania. Kiedy życie nie dostarczało mi radości tylko samą gorycz, odkryłam guza piersi o wymiarze 56 mm. Byłam tak zmęczona i rozczarowana życiem więc wydawało mi się , że to może jest dobre rozwiązanie moich problemów. Postaram się dobrze przygotować do śmierci i uwolnię się od tej życiowej bezsilności. O mojej chorobie opowiedziałam tylko dziewiętnastoletniej córce . nie chciałam niepokoić rodziców ani wyczerpanego psychicznie męża.
Właśnie w chwili kiedy tak po ludzku wszystko straciło sens-zadzwoniła moja komórka i odezwała się Pani Małgosia: u nas w parafii organizują pielgrzymkę do Medjugorje i pomyślałam, że mogłybyśmy pojechać tam razem. Byłam zaskoczona i zapytałam : skąd pani ma nr mojego telefonu kom? Usłyszałam wyjaśnienie : znałam imię i wiedziałam, że O. Franciszkanie z Góry Św. Anny kontaktowali się z panią w sprawie organizowania pieszej pielgrzymki więc zadzwoniłam do nich . Tam się okazało, że tym numerem przypuszczalnie dysponuje O. Emilian , który aktualnie jest na studiach w Lublinie. Poprosiłam o namiary na Ojca i przy kolejnej próbie udało mi się ustalić numer telefonu. Byłam wzruszona i czułam ,że zaczyna się w moim życiu dziać coś nieprzypadkowego. Nieśmiało zapytałam o cenę (miałam świadomość, że na ten czas nie dysponuje wolną złotówką) – kolejne zaskoczenie – padła cena i równocześnie zapewnienie, że” ja to zapłacę a pani mi odda w dniu wyjazdu”. W takich okolicznościach nie miałam argumentu aby odmówić. Skoro kobieta, która zna tylko moje imię i nr telefonu kredytuje moją pielgrzymkę, to na pewno stoi za tym Opatrzność Boża. Uznałam, że pojadę i spróbuję się w tym czasie przygotować się do znoszenia skutków choroby. Uznałam, że skoro ten guz tyle czasu rósł sobie bez większych dolegliwości to jeszcze poczekam 2 miesiące z zabiegiem a po powrocie niech się dzieje Wola Boża. Przy pomocy rodziny zgromadziłam potrzebne środki finansowe i jak dobrze pamiętam 02.07.2001 roku wsiadłam do autokaru , który , przez 28 godzin nieustannie zmierzał do Królowej Pokoju. Małgosia ustaliła, że prościej będzie jak zaczniemy zwracać się do siebie po imieniu. Ani przez chwilę nie brakowało tematów do rozmowy miałam wrażenie, że znamy się całe życie. W autokarze usłyszałam , że Matka Boża od dwudziestu lat objawia się codziennie o tej samej porze w Medjugorje. Byłam zaskoczona, że objawienia jeszcze trwają. Część uczestników pielgrzymowała kolejny raz, pozostali mieli niesamowitą wiedzę na temat wydarzeń jakie miały tam miejsce. Trudno było mi zrozumieć jak to się stało, że ” taki osioł jak ja znalazł się w tej grupie” Długo mogłabym opowiadać o wszystkim co mnie tam spotkało ale najbardziej zapamiętałam chwilę kiedy uklękłam przed figura i zamierzałam wyrazić swoją prośbę, która brzmiała mniej więcej tak: Sama najlepiej wiesz jak jestem chora i zagubiona jeśli mam cierpieć i umrzeć to dodaj mi sił abym godnie przez to przeszła. Za rok moja córka wychodzi za mąż i na pewno byłoby jej smutno jeżeli nie mogłabym jej w tym dniu towarzyszyć. Jeśli chcesz daj mi szansę a postaram się nie zawieść. W tej chwili z moich oczu popłynęły strumienie łez i czułam jak wraz z nimi spływa cały lęk i strach i wraca nadzieja, radość i spokój. Tego uczucia nie da się wyrazić słowami. Po powrocie udałam się na badanie kontrolne no i oczywiście miałam ustalić termin zabiegu. Badania nie potwierdziły wcześniej istniejącego guza wywołały zdziwienie lekarza i moją radość. W tej chwili zrozumiałam, dostałam szansę o która prosiłam. Matka Boża w osobie Małgosi zaprosiła mnie do siebie aby podarować mi drugie- lepsze życie, aby uleczyć moją zgubioną i skołataną duszę. Stopniowo zaczęły się prostować moje poplątane życiowe ścieżki. Od tego wydarzenia minęło prawie osiem lat i sześciokrotnie wracałam do Medjugorje. Nie skończyły się problemy w moim życiu ale zmieniło się moje podejście do nich. Wiem, że cokolwiek wydarzy się w moim życiu to Pan Bóg wie o tym i razem ze Swoją Matką – jeśli z ufnością się zwrócę, zaradzi moim smutkom i cierpieniom. Każdy wyjazd przynosił kolejne pozytywne zmiany w moim życiu i mojej rodziny. Poznałam wielu przyjaciół, którzy są dla mnie Prezentami od Matki Bożej z Medjugorje. W trudnych chwilach zawsze mogę liczyć na ich modlitwę wstawienniczą i wsparcie. To niesamowite w jaki sposób Matka Niebieska potrafi odnaleźć i wyciągnąć z życiowego dołka swoje zagubione dziecko...... Do dzisiaj Małgosia jest moją serdeczną przyjaciółką i w niczym nie przeszkadza nam ta 70 kilometrowa odległość. Nie wiem jak wyglądałoby dzisiaj moje życie gdyby nasze drogi na chwilę nie spotkały się 8 lat temu. Medjugorje różni się od pozostałych Sanktuariów Maryjnych, które miałam radość odwiedzić tym , że są to miejsca gdzie Matka Boża kiedyś była a w Medjugorje CI¡GLE JEST. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do autentyczności tych objawień. Duży wpływ na moje nawrócenie ma niewątpliwie Pani Danusia , która do Królowej Pokoju pielgrzymowała już prawie 150 razy i za każdym razem ubogaca program swoją wiedzą - czyniąc z każdej pielgrzymki - niepowtarzalne rekolekcje w drodze.


Wdzięczna za odzyskany pokój i zdrowie Teresa

Dopisek:
(Samo słowo pielgrzymka w powyższym świadectwie oznacza wyjazd z grupą modlitewną, tzw. rekolekcje w drodze, a nie w ścisłym kościelnym znaczeniu)

daniel.a - Czw 07 Sty, 2010 21:47

Pewien profesor historii zdobił zwykle swe wykłady takimi uwagami: "Księża są do niczego!
Od wieków nienawidzili oni wiedzy, sztuki, a kochali zawsze wstecznictwo i ciemnotę".
Raz po wykładzie przyszedł do niego student, dobry i zdolny chłopiec, który nie dał się łatwo zbić z tropu. - Panie profesorze - rzekł - czy nie byłby pan tak dobry rozwiązać mi kilka wątpliwości, które mną owładnęły od chwili, gdy słucham pańskich wykładów?
- Dlaczego nie, kochany przyjacielu! Bardzo chętnie! O cóż to chodzi? - Tylko kilka pytań, panie profesorze! Kto zachował nam dzieła starych klasyków? W jaki sposób nie zginęły one, gdy za czasów średniowiecza barbarzyństwo zalało cały świat kulturalny? - Mnisi poodpisywali je w swych klasztorach i tym sposobem zdołali je uratować. - Mnisi? - Tak, mnisi, zwłaszcza benedyktyni.
- Ach te klechy! Więc to oni po odpisywali stare kodeksy i w ten sposób dla nas je uratowali! Musiała to być wielka i żmudna praca? No i naturalnie niejeden nabawił się suchot wśród pyłu bibliotecznego? Nie inaczej! Prawda, to było jeszcze wtenczas, gdy głowy panujące nie umiały się nawet podpisać? Dziwne, zaiste, czasy! I dziwni, zaiste, ci mnisi, że mieli ochotę przepisywać literę po literze z Liwiusza, Cezara, Cycerona, Wirgiliusza itp.
A jak te kodeksy wyglądają? Starannie pisane, jak malowane, a inicjały - to istne dzieła sztuki! Przemierzłe klechy! Po chwili znów drugie pytanie: - Czy to prawda, że bez nich nie mielibyśmy także Kolumba ani Vasco De Gama? Pewien bowiem mnich, niejaki Fra Mauro, jak powiadają, narysował w roku 1450 ową sławną mapę, którą następnie posługiwał się Kolumb.
- Tak, to prawda, ale taka mapę mógłby narysować także kto inny. - To się rozumie! Dlaczego by tylko klechom miały przychodzić takie pomysły?
- Czytałem też, panie profesorze, że zamiast niezgrabnych rzymskich cyfr, pewien papież wprowadził w arytmetyce cyfry arabskie. - Papież Sylwester II. Byłby to uczynił kto inny! Cóż, kiedy papieże zawsze i wszędzie naprzód się pchali!
- Powiadają także, iż lunetę i teleskop też jakiś ksiądz wynalazł. Lecz może to nieprawda? Księża zawsze lubią przyswajać sobie różne rzeczy!
- Nie, to prawda. Franciszkanin Roger Bakon wymyślił te instrumenty. - A, to przeklęty Bakon! Kiedy on żył właściwie? - Umarł w roku 1294. - Był wcześnie już postępowym, prawda?
- A jeszcze coś! Wszak to ksiądz pierwszy udowodnił, że słońce stoi, a ziemia się obraca? - Tak, Mikołaj Kopernik.
- Przepraszam pana profesora. Dlaczego nazywają wiek, w którym wiedza, sztuka i literatura najwięcej kwitły, złotym wiekiem Leona X?
- Bo papież Leon X był prawdziwym protektorem uczonych, artystów owego czasu. - Co, papież protektorem cywilizacji?
- Ej, zdaje mi się, mój chłopcze, że sobie ze mnie kpisz! - Skądże! To wszystko są tylko wątpliwości, nieznośne wątpliwości! Chętnie bym klechom chciał przypiąć łatkę, że są i byli zawsze wstecznikami, lecz te wątpliwości nie dają mi spokoju.
Czy prawda, panie profesorze, że pierwsze szkoły ludowe bezpłatne stworzył de la Salle?
- Tak jest, Francuz de la Salle! - Ksiądz? - Ksiądz!
- I że pierwszym, który się zajął głuchoniemymi, był Hiszpan ksiądz Pedro de Ponce, a po nim de l'Epée?...
- Niech się pan nie gniewa, panie profesorze! Cóż ja temu winien, że klechy w historii nie dają mi spokoju? Czytałem jeszcze i to: nie dość, że mnich Bertold Szwarz wynalazł proch, mnich Guido d'Arezzo - skalę i podstawowe reguły nauki o harmonii, mnich Tegeruss w Bawarii około roku 1000 malarstwo na szkle, jezuita Cavalieri (1747) polichromię, jezuita Secchi - analizę spektralną...
- Dosyć, do pioruna! Widzę teraz dobrze, że sobie ze mnie kpisz! -

Prawda, prawda! - pierwszy piorunochron nie został wynaleziony przez Franklina, lecz zrobił to już w roku 1754 mnich Premonstratensów proboszcz Prokop Divisch! O tym wspomina nawet Kürschner w leksykonie konwersacyjnym!
- Milcz, gaduło! - Największym znawcą językowym naszych czasów był kardynał Mezzofanti! - Ty wsteczniku! - O nie! Największym wstecznikiem był najsławniejszy paleograf XIX wieku, kardynał Mur.
- Dosyć tych głupstw! Zaraz mi się wynoś! - A w którym kierunku? Może to panu powiedzieć: diakon Flavio Gioia. On znacznie ulepszył kompas już w roku 1300!
- Tyś całkiem oszalał i masz rozpaloną głowę! - Jeśli bym się zapalił, to musiałaby przybyć sikawka, by gasić pożar! Sikawki wprowadzili najpierw biali mnisi cystersi, a paryscy kapucyni byli aż do XVII wieku strażakami ogniowymi w Paryżu!
- Jeśli nie zamilkniesz, to wylecisz! - Może w przestworza powietrzne? Prawda! Pierwszy balon wynalazł jeszcze na 60 lat przed Montgolfierem mnich Bertold Gusman, który w roku 1720 wobec całego dworu portugalskiego wzbił się w powietrze.
- Czego pan szuka, panie profesorze? Okularów? - To także wynalazek księży! Okulary wynalazł w trzynastym stuleciu dominikanin Aleksander Spina!
Czy pan się tak spieszy, że spogląda na zegarek? Zegarek to również wynalazek księży! Pierwszy zegarek mamy od kronikarza kościelnego Kassiodora (505 r.), ulepszył go Gerbert, późniejszy papież Sylwester II.

Pierwszy zegar astronomiczny sporządził opat Ryszard Wallimford w roku 1316. No, ale teraz już idę! Palą się gazowe lampy.
Jeszcze tylko słówko, panie profesorze!
Pewnie pan wie, że światło gazowe wynaleźli jezuici. Z całą pewnością wynaleźli je jezuici! I w roku 1794 wprowadzili najpierw w Stonyhurst w Anglii, a jezuita Dunn otworzył w roku 1815 w Preston pierwsze towarzystwo gazowe.
Do widzenia, panie profesorze! Co, rower także pan ma? Przedmiot ten wynalazł także ksiądz Pinaton, który już w roku 1845 jeździł na dwukołowcu!... - Przepraszam jeszcze raz! Lecz prawda zostanie zawsze prawdą i tylko prawdę powinien głosić badacz historii!

Włodek Lubański - Czw 04 Lut, 2010 07:58

Swiadectwo Panii Marii Wośko,której córka została uzdrowiona...
Jak zawsze czekam na zaproszenie od Krolowej Pokoju.Tym razem chce jej podziekowac za nowe zycie i zdrowie dla mojej corki Faustynki.Kiedy miala 10 lat dostala wodoglowia pourazowego.Chlopcy grali na sali gimnastycznej w pilke nozna,ona z kolezankami siedziala na lawce i nagle pilka trafila ja w glowe.Potem podwojne widzwnie,badania i operacja.Dali jej zastawke wysokocisnieniowa do odprowadzenia plynu.Bylo wszystko dobrze .Byla ze mna i mezem w Medjugorje...az poki nie urosla.Ma teraz 20 lat i rurka ktora byla podlaczona do otszewnej stalasie za krotka i sie wymknela.Wymioty,bole glowy,podwojne widzenie..,a ja w tym czasie pracuje w Niemczech i niema kto mnie zastapic.Trafila do szpitala we Wroclawiu.Operacia.Po operacii nie mogli ja obudzic ,3 dni nie przytomna .Druga operacja na glowie.Zostala obudzona,okazalo sie ,ze podwinela sie hirurgowi rurka,co grozilo jej smiercia.Po tygodniu te same objawy...
Ja w Niemczech,moj maz w Polsce i wsystkie nasze dzieci i kolezanki,goraco sie modlilismy proszac o zdrowie dla corki.Przyszla do mnie Niemka Pani Majka i pytasie dla czego jestem smutna.Rozplakalam sie i opowiedzialam jej wszystko.A ona do mnie,ja tez bede sie modlic ,bedzie wszystko dobrze zobaczysz.Tu w Oldenbutgu jest najlepsza klinika neurologiczna w Europie corka musi tu przyjechac...Ale jak ,ona niema ubezpieczenia,bede musiala ja zaplacic za operacie,a mnie nie stac,to duzo pieniedzy.A po druge ona jesst nadal w szpitalu.I znowu modlitwy.Dzwonie do meza,maz mowi nie jest z nia dobrze ,glowa ja bardzo boli ,bierze tabletki bardzo mocne,a lekarz mowi ze po raz trzeci operowac jest niebezpiecznie -3op w ciagu jednego miesiaca,to za duzo i jusz nie wie gdzie by mial wlozyc trzeca zastawke jusz na glowie niema miejsca,a stare nie moze wyzucic bo to grozilo by smiercia...

Sytuacja ,praktycznie,beznadziejna.I znowu modlitwy i prosby do Matki Bozej.Matusiu,czyz by zapomnialas jak Faustynka bedac w Medjugorje na Gorze Objawien sciagnela buciki i po ostrych kamieniach chodzila na boso przez ok 2 godz,raniac sobie nozke do krwi,bo powiedziala,ziemia tu jest swieta,bo Matka Boza tu przychodzi.Ja nie odwazylam sie sciagnoc obuwia bo balam sie bolu.Matusiu to dziecko potrzebuje Twojej pomocy,my jestesmy bezradni.Na obiad przyszedl syn szefa i powiedzial,ze wraca z Oldenburga,rozmawial z hirurgiem,on powiedzial natychmiast tu ja przywiesc.Dzwonie do meza,on powiedzial ze sostala wypisana ze szpitala i jutro beda u mnie.Badanie tomografem wykazalo bardzo duze cisnienie wewnatrzczaszkowe,musi byc operowana natychmiast,stare zastawki wyrzucimy i damy nowa,niemiecka- powiedzial i tak zrobil.Dzis Fausia jest zdrowa,To MB dziekuje ze tak wszystko dobrze poukladala,ze wspanialych ludzi postawil.C.d.n.

Włodek Lubański - Czw 04 Lut, 2010 08:13

C.D.N.
Sytuacja ,praktycznie,beznadziejna.I znowu modlitwy i prosby do Matki Bozej.Matusiu,czyz by zapomnialas jak Faustynka bedac w Medjugorje na Gorze Objawien sciagnela buciki i po ostrych kamieniach chodzila na boso przez ok 2 godz,raniac sobie nozke do krwi,bo powiedziala,ziemia tu jest swieta,bo Matka Boza tu przychodzi.Ja nie odwazylam sie sciagnoc obuwia bo balam sie bolu.Matusiu to dziecko potrzebuje Twojej pomocy,my jestesmy bezradni.Na obiad przyszedl syn szefa i powiedzial,ze wraca z Oldenburga,rozmawial z hirurgiem,on powiedzial natychmiast tu ja przywiesc.Dzwonie do meza,on powiedzial ze sostala wypisana ze szpitala i jutro beda u mnie.Badanie tomografem wykazalo bardzo duze cisnienie wewnatrzczaszkowe,musi byc operowana natychmiast,stare zastawki wyrzucimy i damy nowa,niemiecka- powiedzial i tak zrobil.Dzis Fausia jest zdrowa,To MB dziekuje ze tak wszystko dobrze poukladala,ze wspanialych ludzi postawil...
Ze wspanialych ludzi Pan postawil nam na drodze,ze poslal mnie do pracy akurat w to miejsce,tak jak by wiedzial rok wczesnie ,ze to sie wydazy i ze jest to jedyny ratunek dla niej.Na poczatku wygladalo to wszystko jak porozrzucane puzle,nic sie nie ukladalo,a potem Jak by nagle Bog wszystko poukladal.To niesamowite,jak Bog jest blizko nas i ze Jego Milosc nas chroni i prowadzi .Dziekuje Bogu za wszystko,za dar zdrowia i zycia naszej kochanej corki,a szczygulnie za Matke Boza i jej opieke nad nami,jej modlitwy ...
Maria Wośko STRZEGOM PL/Ganderkesee DE
"Dziekuje Bogu za kazdy dzien mojego zycia ,za laske zdrowia ,za wspanialych ludzi ktorych postawil na mojej drodze,za to ze moje zycie komus moze sprawic radosc."
Maria Wośko

piotrek - Pią 19 Mar, 2010 00:29

Wszyscy popełniamy błędy, ale nie każdy potrafi się do nich przyznać. Pół godziny fajnej opowieści o znanym piłkarzu a przede wszystkim po prostu o "człowieku" http://sport.onet.pl/wide...55,2,klip.html#
Włodek Lubański - Pon 05 Kwi, 2010 11:03

Wątek ten nazywa się "Opowiedz mi swoją historię".

Poniżej niesamowita historia księdza...Został nim po...kilkudziesięciu latach..

Powołani przez Jezusa

Przed laty nagrałem po czesku i przygotowałem do druku po polsku dla «Gościa Niedzielnego» długą opowieść ciekawego i niezwykle miłego człowieka. Mieszka niedaleko, w górach po czeskiej stronie. Dziwny ksiądz. Najpierw żył w małżeństwie, ale nie było to tak naprawdę małżeństwo – wziął ślub z Jaromirą, żeby czeska bezpieka dała mu spokój. Wiedzieli, że ma chęć wstąpić do seminarium duchownego, a seminarium – wtedy jedyne w całych Czechach – było w pełni kontrolowane przez komunistyczną władzę. Święcenia przyjął, po rozejściu się z Jaromirą i po studiach, z rąk działającego w podziemiu biskupa. Dlatego jego tajne święcenia nie są udokumentowane i dlatego nie mógł pełnić w Kościele oficjalnej funkcji kapłańskiej. Ale... Ale, gdy człowiek z nim rozmawia, czuje się, że to ksiądz. Co w tym człowieku jest takiego?

[Tu znajdziesz opowieść o. Stanislava]

Ja jsem èlovìk nadìje – Jestem człowiekiem nadziei
Wspomina ks. Tomasz Horak:

Na dziedzińcu pielgrzymkowego kościoła w Zlatych Horach (Republika Czeska) widać
niewysokiego, trochę już przygarbionego niemłodego człowieka. Koloratka i uśmiech. Ten
uśmiech go nie opuszcza. Rozmawia z pielgrzymami, krząta się. W gronie moich kolegów
z roku zaczynamy Mszę w rocznicę święceń. Z nami o. Stanislav Lekavy, to on ma kazanie.
Tłumaczę z czeskiego – on cały czas trzyma mnie za rękę. Opowiada historię swego życia,
która jest zarazem historią jego kapłańskiego powołania. Już przedtem poznałem jego
niezwyczajne dzieje – kilka lat wcześniej nagrywałem jego opowieść jako reporter «Gościa
Niedzielnego». Tu w skrócie 1 ją powtórzę – jest jak znalazł na rok kapłański.
Początek opowieści
Komunizmu nie lubiliśmy, to prawda. Ale walczyć? Dlatego aresztowania nikt się nie
spodziewał. Był wrzesień roku 1948, miałem osiemnaście lat. Osadzono mnie w Brnie. Tam
pierwszy raz w życiu bliżej zetknąłem się z księdzem. Ojciec Jakub Zemek, przeor
dominikanów ze Znojma był człowiekiem miłym, dobrym, ludzkim. Taki jak my, a przecie inny.
Jego wpływ zaważył na całym moim życiu, choć byliśmy razem tylko półtora miesiąca.
Przeniesiono mnie do Pilzna. To najcięższe więzienie. I tam... Wiedziałem, że rodzice wysłali
prośbę o ułaskawienie. Zdążyłem poznać komunistów. Widziałem wiele zła, które czynili.
Bardzo wiele. Nie chciałem prosić o nic. Dostałem 21 dni karceru. Kilka dni głodówki. Od
kajdan dostałem zakażenia krwi. Ból, straszny ból do utraty przytomności. Nocą,
półprzytomny słyszałem śpiew jakiegoś żołnierza obcokrajowca. Śpiewał po angielsku pieśń
znaną i u nas: Bli¾ k’Tobì, Bo¾e mùj… – Być bliżej Ciebie chcę, o Boże mój... W podziemiach
karceru brzmiało to jak jakiś chorał...
W tej agonii zobaczyłem całe moje dotychczasowe życie. Nie było w nim nic
szczególnie złego. Głębokiego też nie. Wtedy zrozumiałem, jak bardzo martwiła się moja
mama. W jej marzeniach miałem być kimś, a stało się inaczej. Wtedy zrozumiałem... Nie, nie
zrozumiałem. To było mi dane... Na zawsze zostało we mnie odczucie zawieszenia między
życiem a śmiercią. Życie dał mi Bóg po raz drugi. To już nie była teoria. Ja to przeżyłem: Bóg
jest! Wiedziałem, że trzeci raz życia nie dostanę... Po jakimś czasie przewieźli mnie do kopalni
rud uranu w zachodnich Czechach. Po wyroku umieszczono mnie w obozie pracy na
„doleczenie”. Mieliśmy tam być, póki nie nauczymy się kochać Związku Radzieckiego i naszej
partii.
Niespełnione powołanie
W więzieniu, wspominałem już o tym, jakiś czas byłem w jednej celi z ojcem Jakubem,
dominikaninem. Jak on się różnił od naszego księdza na wsi! Proboszcz to był dùstojny pan.
Był autorytetem ponad wszystkimi. Dla mnie autorytetem stał się dopiero spotkany w
więzieniu ksiądz. Człowiek dobry, miły, ludzki. Siedzieliśmy razem tylko sześć tygodni, ale to
starczyło. Ziarenko zostało zasiane. „Gdybym był księdzem, myślałem, to takim jak on”. Tyle,
że to była abstrakcja. Nigdy nie myślałem być księdzem... Czy byłem wierzący? Byłem. Ale
1 Tekst autoryzowany przez ks. Stanislava Lekaveho.
zdawało mi się, że to wszystko jest dobre dla mam, dla babć – nie dla młodego chłopaka.
Żyłem na pograniczu wiary i niewiary.
Rozdzielono nas. Zapamiętałem nie tylko jego imię. Pozostał we mnie jego wpływ,
promieniowanie jego osobowości. W drugim więzieniu wiara stała się dla mnie czymś
nowym. Po przeżyciu agonii spowodowanej zakażeniem wiedziałem, że Bóg jest. To był
ważny moment życia. Coś we mnie umarło. Zacząłem żyć na nowo. Gdy później w obozie
pracy zetknąłem się z innymi zakonnikami i klerykami, coś zaczęło się we mnie budzić. To było
ledwo zauważalne. Kiedyś przyszedł do mnie kleryk z trzeciego roku. Mówi: „Stanio, chcę
zrezygnować”. Pamiętam, jak to odczułem. Podszedłem do niego, chwyciłem i mówię: „Josef!
Jeszcze jeden stopień do ołtarza i ty chcesz odstąpić?” Nie wiem, skąd się to we mnie
wzięło... Po dwudziestu latach byłem na jego prymicji.
Przez lata więzienia nie widziałem kobiety. Miałem młodszą siostrę, Marię. Bardzo
miłe i dobre dziewczę. Wyobrażałem sobie, że istnieje jakaś inna dziewczyna, jak ona ładna,
miła i dobra. W czasie urlopu poznałem siostrę kolegi. Spodobała mi się. Pisywaliśmy do
siebie. Parę razy spotkaliśmy się, ale nie śmieliśmy na siebie spojrzeć. Piękna, czysta miłość...
Ów kolega zwierzył mi się kiedyś, że chciałby być księdzem. Był idealnym kandydatem:
inteligentny, pobożny, dobry. Po roku napisał do mnie, że już o tym nie myśli. Bardzo mnie to
zabolało. Poszedłem w niedzielne popołudnie do kościoła Panny Maryi, to było w Hradcu. Nie
śmiałem podejść do ołtarza. Zwierzyłem się Matce Bożej... Niech weźmie mnie. Czytałem
kiedyś w Ewangelii o zaproszonych na ucztę: nie przyszli. Ja byłem, jak jeden z tych kulawych i
ślepych. Tyle mi brakuje! Uważałem, że wszyscy inni są lepsi i godniejsi ode mnie. Ale,
modliłem się: „Panie, przyjmij mnie takiego, jakim jestem. A że nie mam nic, co mógłbym ci
ofiarować, przyjmij tę moją miłość”. Do Marii napisałem pożegnalny list. Dla mnie ona jakby
umarła. To było trudne. Bardzo...
Wiedziałem, że w Ewangelii jest napisane „nie wyście mnie wybrali, ale ja was
wybrałem”. Jak się upewnić, że to Jezus mnie wybiera? Prosiłem o znak. Po jakimś czasie
przypadkiem dowiedziałem się, że Maria wyszła za mąż za mego przyjaciela. Właśnie o to
prosiłem! Znak otrzymałem. Był rok 1958. Zgłosiłem się do jedynego w Czechach seminarium
w Litomierzycach. Było w pełni kontrolowane przez komunistów. Przyjmowano tylko
wygodnych dla władzy. Usłyszałem: „Nie! Osoba karana, i to politycznie – nie!” Myślałem
o ucieczce za granicę. Miałem tam stryja, księdza. Ale bez szczególnych protekcji wyjazd za
granicę był niemożliwy. Rok później zostałem wezwany na przesłuchanie w STB (policja
polityczna). Odczułem, jakby chcieli mi pomóc dostać się do seminarium. Rozumiałem, że
będę im tam potrzebny. Słodko ze mną mówili. Okazywali, że chcą być przyjaciółmi. To
wszystko wzbudziło we mnie podejrzenia. Teraz ja powiedziałem: „Nie”. Na to usłyszałem
„przyjacielskie” ostrzeżenie: „Kogo chcemy, tego na 25 lat posadzimy”. Dziś trudno to pojąć,
ale tak wtedy było.
Nie, nic nie mogło mnie skłonić, aby za cenę zdrady kupić drogę do kapłaństwa.
Przecież, ile razy bym stał przy ołtarzu, słyszałbym Jezusa mówiącego: „Jeden z was mnie
zdradzi”. Nie urodziłem się bohaterem. Wiedziałem, że muszę się wyrwać z sideł bezpieki, bo
inaczej prędzej czy później mnie złamią. Dlatego odpowiedziałem: „Nie. Ja nie chcę do
seminarium. Ja się chcę ożenić”. On mi na to: „Siebie możecie okłamywać, nas nie
okłamiecie”. I miał rację. Okłamałem siebie. Postanowiłem się ożenić z Jaromirą.

W następnym "odcinku"
Tajne święcenia
Ona kochała innego, ja szukałem ucieczki przed bezpieką (STB). Ona tego oczywiście
nie wiedziała. Przecież o tym nie mogłem nikomu nic mówić...

Z blogu ks.Tomasza Horaka

Włodek Lubański - Wto 06 Kwi, 2010 23:26

Tajne święcenia
Ona kochała innego, ja szukałem ucieczki przed bezpieką (STB). Ona tego oczywiście
nie wiedziała. Przecież o tym nie mogłem nikomu nic mówić. Miłości nie było – był tylko
realizm. Wiedziałem, że tak się do małżeństwa nie idzie. Szedłem. Miałem uczucie, że zaczyna
się nowe, duchowe więzienie. Przeżywałem to samo zawieszenie między życiem a śmiercią,
jak kiedyś. Ślepa uliczka, bez wyboru.
Zamieszkaliśmy w Ostrawie, biedni jak dwie myszy. Dla politycznego trudno było
o pracę. Zostałem kierowcą – ja, antytalent! Powoli dorabialiśmy się wszystkiego od podstaw.
Obie rodziny, jej i moja, zostały przez komunistów zniszczone, nie mogły nam więc pomóc.
Jaromira sercem była gdzie indziej. Wkrótce stworzyła sobie własny świat, w którym żyła.
Mijały lata, dzieci nie mieliśmy. Były właśnie jej urodziny. Kupiłem bukiecik. Przyjęła ze
słowami: „Stanio, ja odchodzę”. To był Wielki Czwartek. Przeżyłem swoje Getsemani. Bo choć
nie było miłości, coś we mnie się wtedy złamało. Nie jadłem, nie spałem. Jeszcze raz wróciło
przeżycie z więzienia: pogranicze życia i śmierci. I jak nigdy przedtem nie płakałem, nawet
obity w więzieniu, tak teraz płacz przyszedł. Wkrótce wniosła sprawę o rozwód.
W roku 1968, gdy komuniści nieco popuścili, zgłosiłem się na zaoczne studia
teologiczne na uniwersytecie w Ołomuńcu. Mieszkałem w Petrowicach, na północy Moraw,
po podziale majątku został mi ten domek w górach. Nie łatwo było z tymi studiami.
Pracowałem w kopalni kruszcu. Na urlop nie mogłem liczyć. W sobotę trzeba było o 2 rano
wstać. Po ciemku 10 km pieszo do pociągu. Nocą to samo w drodze powrotnej. Studiowałem
legalnie dwa i pół roku. Resztę egzaminów zdawałem już prywatnie u profesorów w
Ołomuńcu. Teologię studiować musiałem – to była potrzeba, wewnętrzny nakaz. Byłem
szczęśliwy, że mogę to robić.
Któregoś dnia przyszedł do mnie ksiądz, ojciec Botur – palacz w zakładzie dla
ułomnych. Pracowały tam też siostry zakonne, służył im więc po cichu w sprawach
duchownych. Spotykaliśmy się czasem, znał więc mój żywot mizerny. Zapytał mnie krótko:
„Stanisławie, chcesz być księdzem?” Stałem jak porażony. Wykrztusiłem tylko: „Ja? Ja? Ja
rozwiedziony człowiek?” A on na to: „Chcesz być księdzem?” Przecież nawet nie modliłem się
o to, bo to było niemożliwe. „Jak to się może stać?” Odrzekł: „O to się nie martw. Chcesz?”
Co miałem powiedzieć? „Całym sercem tego pragnę”. „Więc przyjedź do Liptani. Tam będzie
biskup”. Niczego wtedy nie wiedziałem o tajnym życiu Kościoła, i że w ogóle istnieje
podziemny Kościół.
Pojechałem. Przedstawił mi się: „Ojciec Davídek”. Rozmawialiśmy 4 godziny. O
wszystkim. Rozumieliśmy się: on więzień, siedział 11 lat, ja też więzień. Pytał też o studia,
skończyłem je w 1975 roku. „Przyjedziesz, powiedział, 21 lipca do Brna”. Był rok 1979.
Zawiózł mnie ów ksiądz – palacz. Nie wiedziałem gdzie jestem. Gdy otwarły się drzwi, stanął
przede mną starszy, miły pan. Oczy były te same. Dziwcie się światy! To był ten sam ojciec
Jakub Zemék! Ten sam, z którym 30 lat wcześniej byłem w więzieniu. Ten sam na którego
patrząc, myślałem: Gdybym był księdzem, to takim, jak on. Święcenia miały być nazajutrz.
Rekolekcje były więc krótkie. Moim przewodnikiem w nich był o. Zemek. Mówi mi: „Ksiądz to
ma być ktoś, kto uczy swoim życiem”. Odpowiedziałem: „Tak. To ojciec uczył mnie w
więzieniu swoim życiem”. Wyjawiłem mu tajemnicę swej duszy. On też mi wyjawił tajemnicę:
„Pamiętasz? Gdyśmy jeszcze byli w więzieniu, wróciłeś z widzenia. Opowiadałeś, że była
twoja mama i że cały czas płakała. Ale gdy powiedziałeś, że jest z tobą ksiądz, otarła oczy
uszczęśliwiona. Wtedy nie mówiłem nic. Ale właśnie wtedy pojąłem, że ksiądz jest potrzebny
także w więzieniu. Z tych kilku twoich słów miałem podporę na cały czas więzienia”. Tak
spotkały się dwie tajemnice dwóch ludzi...
Święcenia z rąk tajnego biskupa S. Klementa otrzymałem w dzień św. Marii
Magdaleny, 22 lipca 1979. To też był dla mnie znak. Przyszedłem, jak ona, do Chrystusa:
stracony, przekreślony, rozwodnik. Do tego dnia żyłem w jakimś wewnętrznym napięciu,
nawet strachu. Teraz wszystko ze mnie opadło, lęk zniknął. Święcenia! Pełna konspiracja.
Żadnej uroczystości. Nawet naczyń liturgicznych nie było, czytania z gazety. Żadnego zapisu. I
później pełna tajemnica. Przyjmującemu potajemnie święcenia groziła kara 6 lat,
wyświęcającemu 12 lat. Nie liczyłem na to, że przyjdzie wolność. Byłem pewien, że kiedyś
wpadnę...
Czekam i służę Kościołowi
Gdy jeszcze byłem w więzieniu w Pilźnie, wpadał przez jakąś szparę promyk słońca.
Chodziłem po celi. Pięć i pół kroku tam, pięć i pół z powrotem. Promyk słońca przesuwał się.
Na deskach podłogi było widać jego drogę. To był zegar mego czekania. Czas upływał bardzo
powoli. Zanim promyk przesunął się do następnej deski, upływała cała wieczność. Czekałem...

Włodek Lubański - Wto 06 Kwi, 2010 23:29

Czekam i służę Kościołowi
Gdy jeszcze byłem w więzieniu w Pilźnie, wpadał przez jakąś szparę promyk słońca.
Chodziłem po celi. Pięć i pół kroku tam, pięć i pół z powrotem. Promyk słońca przesuwał się.
Na deskach podłogi było widać jego drogę. To był zegar mego czekania. Czas upływał bardzo
powoli. Zanim promyk przesunął się do następnej deski, upływała cała wieczność. Czekałem.
Potem czekałem na koniec wyroku. Potem czekałem – nie wiedząc ile czasu ma upłynąć – na
uwolnienie z obozu pracy. Czekałem związany małżeństwem, które było dla mnie jak
więzienie. Teraz też czekam. Czekam na rozstrzygnięcie sprawy mego małżeństwa przez sąd
kościelny. Czekam na rozstrzygnięcie kwestii moich święceń. Chcę być posłuszny Kościołowi,
także, gdy to boli. Mùj osud je èekání – Czekanie to mój los. Nauczyłem się czekać.
Nauczyłem się cierpliwości...
Czy służę ludziom w Kościele? Tak, służę Kościołowi. Przewodniczę nabożeństwom
Słowa Bożego tam, gdzie nie ma Mszy św., bo mało jest kapłanów. Komunię rozdzielam z
tabernakulum. Chrzczę. Błogosławię. Nie jestem włączony w strukturę diecezji. Ale dzięki
temu mogę być tam, gdzie potrzeby są największe, gdzie ksiądz dotrzeć nie może. Kto by
jeździł po tych wioskach, gdzie kilka czy kilkanaście osób przychodzi na nabożeństwo? Może
to i dobrze? Widać, że to Boży plan. Ufam też, że uczę swoim życiem – tak, jak mi to w
przeddzień święceń powiedział o. Zemek. Całe moje życie stało się ofiarą. A Bóg dał mi znak:
wielu młodych ludzi przeze mnie doszło do kapłaństwa.
Finał
Opowiada ks. Tomasz Horak:

25 września 1998 roku, dokładnie w 50 lat od aresztowania Stanislava, katedra w
Ostrawie wypełniła się ludźmi, dla których Stanislav od lat był „otcem Stanislavem”. Świeccy,
księża, przy ołtarzu biskup ostrawsko–opawski Franti¹ek Lobkowicz. Przed ołtarzem Stanislav.
Jego proboszcz i przyjaciel, ks. Pavel Zachrla zwraca się do biskupa, zmieniając nieco
tradycyjną formułę liturgiczną. Nie prosi o święcenia – bo wszyscy są przekonani, że Stanislav
od 18 lat jest księdzem. Prosi o przyjęcie Stanislava Lekaveho do wspólnoty kapłańskiej.
Dalszy ciąg obrzędu, jak przy święceniach – Kościół musi być pewien, że święcenia są faktem.
Dla prawnej więc pewności biskup wkłada na siwą głowę swe dłonie. Podchodzą inni księża,
by powtórzyć ten sam gest. Jako pierwszy podchodzę ja – polski przyjaciel Stanislava.
Wzruszenie ogromne. Ręce mi drżą z przejęcia, gdy kładę je na głowie dużo starszego
współbrata, którego droga powołania była i jest niepomiernie trudniejsza od mojej. Mówię
półgłosem: Stanio, tvùj osud je èekání... Wpadł mi w słowo, dokończył zdania: èekání i
doèekání – czekanie i doczekanie.
Wśród uczestników uroczystości była też Jaromira. Małżeństwo z nią zostało przez sąd
kościelny (aż po instancję w Rzymie) uznane za nieważne. Stanislav mówi: „Dnes my jsme
usmíøili” – dziś pojednaliśmy się. Mówi to z widoczną ulgą. Dekret sądu to mało, trzeba
czegoś więcej. Doczekał i tego.
Stanislav rozdaje Komunię św. Uśmiecha się do podchodzących, czasem do kogoś
zagadnie… Organy zaczynają kolejną pieśń. Patrzę uważnie na Stanislava. Wyraźnie
poruszony. Bo to ta sama pieśń, którą słyszał w więzieniu przed pięćdziesięciu laty: Bli¾
k’Tobì, Bo¾e mùj… Wtedy, jak mówi o. Pavel, był człowiekiem pewnym zagłady. Dziś jest
człowiekiem pewnym łaski.
Otec Stanislav od dnia przyjęcia do kapłańskiej wspólnoty duszpasterzuje w cudownie
położonym – i z niezwykłą historią – sanktuarium Matki Bożej Pomocnej nad Zlatymi Horami
(blisko granicy z Polską, na południe od śląskiej Nysy). Pozostał w tych samych górach i w
okolicy, gdzie kiedyś pracował fizycznie. Zdrowie ma zszarpane, zresztą – niemłody to już
człowiek. Ale ten uśmiech, który wspomniałem na początku, nie opuszcza go nigdy. Jest ikoną
innego świata w świecie, gdzie wiary niewiele, a nadziei jeszcze mniej. Cieszę się, że drogę
mojego kapłańskiego życia Boża Opatrzność skrzyżowała z jego drogą...

Przeniesione ze strony internetowej ks.Tomasza Horaka

Romano - Wto 13 Kwi, 2010 21:16

A tak dla przypomnienia...
Uczniowie na chwałę Ojca
Z rozmowy z ojcem Eugenio, 25 czerwca 2002 w Medziugorju (prowadzil VD)
Nazywam się Eugenio Maria la Barbera Pirovano i urodziłem się we Włoszech, a pracuje w Brazylii. Byłem członkiem Kongregacji do spraw Misji.
Do Brazylii przybyłem 25. stycznia 1979. W roku 1984 otrzymałem od moich przełożonych pozwolenie, by udać się do Gregorianum w Rzymie, aby ukończyć studium misjologii. Zanim zostałem tam posłany byłem proboszczem w Sao Paulo.
Kiedy przybyłem do Rzymu jeden z moich współbraci oskarżył mnie o pewną ważną sprawę, której w ogóle nie popełniłem. Poczułem się zraniony. Na początku grudnia 1987 otrzymałem telefon z Mediolanu, ze mój ojciec ciężko choruje na raka kości. Wobec tego przerwałem studia i pojechałem do ojca, by mu w niedoli pomóc i by trochę przy nim być. Wówczas zdarzyło się też cos z moim bratem, pracującym w pewnej firmie. Oskarżono go o kradzież wielkiej sumy pieniędzy, co wcale nie było prawdą. On jednakże niewinnie wylądował we więzieniu. Wszystko nie przeszło bez skutku obok mnie, więc powiedziałem sobie: Moi przełożeni niesprawiedliwie mnie ocenili, ojciec zmarł na raka, brat niewinnie siedzi we więzieniu... Wówczas myślałem porzucić stan kapłański. Przeniosłem się wówczas do pewnego domu naszej rodziny w okolicy Genui i zaszyłem się w samotności. W maju 1988 r. zaprosił mnie przyjaciel naszej rodziny, który organizował pielgrzymki do Medziugorja, bym sie z nim zabrał. Ale odmówiłem, bo w ogóle nie wierzę, ze tam się Gospa [ale tylko w odniesieniu do Matki Bożej] ukazuje, a także dlatego, ze Medziugorje leży w państwie komunistycznym. Później odwiedzili mnie dwaj inni przyjaciele, którzy dowiedzieli się o całej mej sytuacji i o tym, ze się wzbraniałem pojechać z nimi do Medziugorja. W czasie drugiej rozmowy przekonali mnie w końcu, bym z nimi razem pielgrzymował do Medjugoria. Wobec tego zabrałem sie z nimi, ale pod warunkiem, ze nie będą ode mnie oczekiwali kapłańskiej posługi.
Przybyliśmy do Medziugorja po południu i zaraz dowiedzieliśmy się, że Ivan będzie miał objawienie przy niebieskim krzyżu. Wszyscy z naszego autobusu cieszyli się, ze będą mogli przy tym być - prócz mnie, bo nie wierzyłem. Potem przyszedł Ivan i powiedział, ze nie będziemy mogli być pod-czas objawienia, gdyż tym razem przeznaczone jest ono tylko dla [jego] grupy modlitewnej. Wszyscy z autokaru posmutnieli, tylko nie ja, jako jedyny. Powiedziałem im: „Przyjechaliście do Medziugorja, ale Gospa wcale was nie kocha i nie lubi was tutaj".
Zostaliśmy zakwaterowani w jakimś domu rodzinnym. Warunki nie były wówczas takie, jakie są tam dzisiaj. Z powodu upałów pozamykaliśmy
okna, a drzwi - z widokiem na Kriźevac - pootwieraliśmy. Wieczorem, około 18.00 powiedział do mnie jakiś młody człowiek: Jdźmy na Krizevac i odmówmy Drogę Krzyżową!". Odpowiedziałem: „Nie pójdę z tobą, bo idziesz ze względu na objawienie, a nie by odprawić Drogę Krzyżową". W ten sposób kłóciliśmy sie trochę. Powiedziałem też jeszcze: „Widzisz, jestem dopiero od dwóch godzin tutaj, a już sie kłócimy. To niemożliwe, by była tu Królowa Pokoju" Potem podano kolację, a w czasie gdy ją spożywaliśmy, ktoś powiedział, ze mamy patrzeć na Kriżevac, bo nad Kriżevcem widać jakąś szczególną gwiazdę. Któryś z moich przyjaciół powiedział: „Spójrz, ojcze Eugenio, to znak, ze ty masz z nami odprawić Drogę Krzyżową". A ja na to: „Jak może gwiazda przedstawiać Gospe? Takie sprawy nie podobają się nawet Kościołowi", Ktoś mi powiedział:, „Czego ty i wogóle chcesz? Chciałbyś, żeby się tobie Gospa ukazała?"
Żeby nie dopuścić do jeszcze większego sporu wziąłem płaszcz i poszedłem, by jako Kaplan przewodniczyć w Drodze Krzyżowej. Zażądałem od innych, by klęczeli przy poszczególnych stacjach i umyślnie przy każdej stacji modliłem sie dłużej, żeby ich kolana bolały. Padało coraz mocniej, ale my szliśmy dalej i modliliśmy się. Wtem spostrzegłem, ze mój płaszcz był zupełnie suchy. Kilka razy niepostrzeżenie dotykałem innych płaszczy - wszystkie były mokre. Kiedyśmy tak odprawiali Drogę Krzyżową, doszliśmy na szczyt Krizevca - przestało padać. Wystraszyłem sie i powiedziałem do ludzi: „Zostańmy tutaj, a niech każdy pomodli się osobiście". W moim sercu mówiłem: „Gospo, nie wiem, czy Ty tutaj się ukazujesz, ale jeśli się ukazujesz, chciałbym, byś wiedziała, ze nie jestem tylko dobrym Kaplanem, ale pierwszorzędnym. Spójrz, co mi sie przydarzyło: Moi przełożeni źle o mnie myślą. Mój Ojciec zmarł na raka, a mój brat niewinnie siedzi we wiezieniu. Czy to wszystko jest nagrodą za dobro, które czynie?" Tak wypomniałem wszystko Gospie i powoli poszedłem do domu. Jeszcze raz przekonałem sie, ze mój płaszcz był zupełnie suchy.
Nazajutrz poprosił mnie mój konfrater, by pójść z pielgrzymami na Podbrdo [Wzgórze Objawień]. Nie chciałem wygłaszać Kazań, a mój przyjaciel powiedział mi, ze mam tylko mówić Różaniec. Odparłem: „Jeżeli mam tylko mówić Różaniec, pójdę". Wtedy jeszcze nie stały na drodze tablice z tajemnicami różańcowymi, tylko małe, zwykłe, drewniane krzyże. Zobaczyłem mały krzyż i tam przy nim usiadłem. Wtedy podszedł do mnie pięknie ubrany mężczyzna i powiedział: „Ty jesteś ojciec Eugenio". Spojrzałem na niego i zląkłem się, ponieważ brat mój był w więzieniu, a myślałem, ze mnie wsadzą do komunistycznego więzienia. Zapytałem człowieka:, „Kim pan jest?" Odpowiedział: „Nie jest ważne kim ja jestem, ale Jezus dal mi przez Gospę przesłanie i na to, co wszystko na Kriźevcu w modlitwie wypowiadałeś ,chce ci powiedzieć, co Gaspa każe ci przekazać: Gospa powiedziała, ze ty jesteś wspaniałym Kaplanem, ale nie masz ludziom burzyć prostej wiary, jak to uczyniłeś w Brazylii, w kościele Serca Jezusowego, kiedy to ty zakazałeś pewnemu młodemu człowiekowi mówić o Me-dziugorju." Rzeczywiście wówczas, jako proboszcz zapobiegłem w kościele temu, ale o tym wiedziałem tylko ja sam. Wtedy ten człowiek mówił dalej i powiedział, ze mój ojciec jest z moją matką w niebie. „A tobie Gospa –ponieważ jeszcze nie wierzysz - da bezpośredni znak." Zląkłem się i uciekłem od tego człowieka. Poszedłem do mego konfratra i powiedziałem mu, ze chetnie bym się wyspowiadał, bowiem sądziłem, ze umrę. Opowiedziałem mu o spotkanym człowieku, który mi mówił rzeczy, o których tylko ja wiedziałem. Powiedziałem tez memu konfratrowi: „Ty, który jesteś przyjacielem Gospy, powiedz Jej, ze wierzę, ze sie ukazała, ale ze juz nie życzę sobie żadnego nowego znaku, bo jeśli Ona mi da następny przekaz, ze strachu umrę" Opowiedziałem temu Kaplanowi wszystko, co przeżyłem, a on mi odpowiedział: „]eżeli Gospa tobie naprawdę cos bedzie chciała powiedzieć, to cudownie". Ja jednak odparłem mu, ze tego naprawdę nie chciłbym i tyle by mi juz wystarczyło. Tak zakończyła się spowiedź.
Zanim powróciłem do Włoch, przyjechał autobus z pielgrzymami -bez Kapłana. Pytano i poproszono mnie, bym, jako Kapłan poprowadził Drogę Krzyżową, a ja sie natychmiast zgodziłem. Na początku drogi przedstawiłem się i zacząłem się modlić. Przy trzeciej stacji 18-letni może 20-letni chłopak zaczął bardzo płakać, tak ze wszyscy uczestnicy patrzyli tylko na niego. Juz nikt mnie nie słuchał. Stawałem się coraz bardziej nerwowy i z powodu tego płaczu modliłem sie coraz szybciej, by moc tym szybciej skończyć. Kiedy osiągnęliśmy szczyt Kriźevca, przestałem sie modlić, a młodzieniec przestał płakać. Młody człowiek podszedł do mnie i prosił o wybaczenie. Powiedział mi, ze tak jak w jakimś filmie widział swoje grzechy i dlatego musiał płakać. Potem od nowa widział dalsze grzechy, zapłakał znowu i za nie żałował. Pomyślałem sobie, jak wiele grzechów musiał mieć, skoro zaczął płakać przy 3. stacji i płakał do 14. stacji. Następnie powiedział mi: Kiedy ty zakończyłeś modlitwę, powiedziała mi Gospa w sercu: „Twoje grzechy są ci odpuszczone, ale idź do kapłana, bys przez niego otrzymał odpuszczenie od Kościoła " Dałem mu rozgrzeszenie, i on miał naprawdę wiele grzechów, które za sobą pozostawił. Potem młody człowiek mi powiedział, ze wstrzyknął w siebie czystą heroinę. Wyciągnął z kieszeni narkotyk i go wyrzucił. Na to powiedziałem: „Nie jestem lekarzem, lecz Kaplanem. Ale wiem, ze z narkotykami tak łatwo nie dasz rady skończyć. Dlatego zasięgniemy rady lekarza". Na końcu rozmowy chłopak powiedział mi: „Ojcze, jestem uzdrowiony jestem tym znakiem, który ci Gospa obiecała". Odtąd wszystko we mnie się odmieniło i od tamtego przeżycia co roku przyjeżdżam do Medziugorja - aż do dziś.
Wróciłem z powrotem do Wioch i prosiłem, bym mógł iść do Brazylii. Przybyłem tam, a archidiecezja Sao Paolo została w międzyczasie podzielona na 5 diecezji. Nowy biskup zaprosił mnie, bym objął nową parafie, gdyż tamtejszy proboszcz i wikariusz porzucili stan kapłański. Parafia byla z tego powodu duchowo zraniona. Kilka miesięcy po przejęciu tej parafii powiedzieli mi niektórzy parafinie: „Pisaliśmy do Medjugoria, prosząc o wstawiennictwo Gospy, by Pan nam przysłał właściwego proboszcza. Jesteśmy wdzięczni, ze Pan ciebie przysłał"
W roku 1993 przyjechałem do Medjugoria z wieloma pielgrzymami i byłem u Vicki podczas objawienia. Po objawieniu Vicka spytała: „Kto jest ojcem Eugenio?" Ja sie nie zgłosiłem. Dopiero wieczorem poszedłem do Vicki i powiedziałem jej: „Jeżeli sie nikt inny nie zgłosił, to jestem nim prawdopodobnie ja". Vicka mi powiedziała, że Gospa mówiła, żebym opuścił swoją parafie i założył wspólnotę, która zacznie sie modlić w kościele.
Odpowiedziałem Vicce: „Zapytaj Gospe, do jakiego banku mam iść, bym dostał pieniądze na założenie wspólnoty..." Byio to dla mnie niemożliwe i poszedłem w Medjugorju własnymi drogami. Ale Vicka mnie znów zawołała i powiedziała, ze Gospa na nowo przekazała posłanie, ze pieniądze, które otrzymałem w spadku po ojcu nie są moimi pieniędzmi, ale nalezą do Pana Boga. Mam te pieniądze zużyć na budowe domu i złożenie wspólnoty. A o resztę bedzie Ona sama dbała.
Nie bylem jeszcze z tym pogodzony, więc znowu bedąc w Brazylii, odwiedziłem biskupa i wszystko mu opowiedziałem. Na koniec jeszcze mu powiedziałem, ze jestem szczęśliwy, ze jestem kapłanem i kaznodzieją. Nie pasowałoby do mego życia, bym utworzył wspólnotę, gdyż w Medziugorju i przez Medziugorje powstało juz wiele wspólnot. Myślałem, ze biskup bedzie mojego zdania. Odpowiedział: „Módlmy się najpierw, potem zobaczymy..."
15 sierpnia 1994 przyszła do mnie grupa młodzieżowa z mojej parafii i oświadczyła, ze chce więcej działać. Na to odpowiedziałem: „Czego chcecie więcej? Przychodzicie na Mszę świętą, należycie do grupy modlitewnej i pracujecie w parafii. Gzy to nie dosyć?" Wówczas odpowiedziałem im, co przeżyłem w Medziugorju.
22 sierpnia 1994, zaledwie 7 dni później, w święto Maryi Królowej zadzwonił do mnie biskup i polecił, bym spisał wszystko, co przeżyłem w Medziugorju. Uczyniłem to i na tym stanęło.
W styczniu 1995 r. bylem znów w Medziugorju, jak dotąd - corocznie. 11 lutego w święto Matki Bożej zgłoszono mi z Brazylii, że biskup uznał naszą wspólnotę za „Zjednoczenie wierzących". Zląkłem sie z tego powodu i pomyślałem: Jak może biskup uznać wspólnotę, skoro jestem jej jedynym członkiem? Ale biskup jest biskupem i tak to przyjąłem.
Osobiście nigdy swojej wspólnoty publicznie nie przedstawiłem, a wszyscy młodzi mężczyźni przyszli sami; coraz więcej ludzi chciało sie dołączyć do naszej wspólnoty. Wspólnota nazywa sie „Uczniowie na Chwalę Ojca" (lunger zur Ehre des Vaters). Zostłl tez zaakceptowany strój: jasnoniebieski habit. Przez Vicke Gospa powiedziała, ze do wspólnoty bedzie posyłać ludzi pojedynczo.
Tak wiec wszyscy, którzy są we wspólnocie zostali przysłani przez Gospę. Konieczność tego wymagała - wiec rozpocząłem budowac. Chciałem zbudować kościół, który byłby poświecony Królowej Pokoju. Lecz podczas budowy zrozumiałem, ze ma być poświecony Bogu Ojcu, którego jeszcze tak wielu ludzi nie zna.
Jak widać, wszystko stało sie przez Opatrzność Bożą. Gdy pieniądze na budowę sie skończyły, chodziłem do figury Gospy i mówiłem: „Jeżeli chcesz mieć dom dla dzieci, to prześlij mi pieniądze". Wtedy przybyła po raz pierwszy do Brazylii Vicka, a mój konfrater zadzwonił do mnie, mówiąc, ze Vicka chciałaby ze mną mówić. Powiedziała mi telefonicznie, ze Gospa każe mi powiedzieć, ,,ze mam przestać prosić o pieniądze, bo to jest Jej dzieło, a nie twoje". W kilka miesięcy później przybył do mnie pewien bogaty muzułmanin z Brazylii, ktory się nawrócił, dał sie ochrzcić i przeszedł na wiarę katolicką. Zaplanował cały dom, dał na to swoje pieniądze i go zbudował.
Dzisiaj jest nasza wspólnota uznana przez kanclerza kurii diecezji w Brazylii. 22 lutego 1999 wręczono nam dekret, nam jako „Publicznej wspólnocie wierzących" po uprzednim badaniu właściwych władz w Rzymie, bo nie bylo żadnych przeciwwskazań („nihil obstat"). Naszym naczelnym zadaniem miała być troska o zaniedbane dzieci, dzieci ulicy. To bylo najważniejsze życzenie Gospy.
Kiedy w prywatnej rozmowie z Papieżem opowiedziałem mu wszystko o wspólnocie, objął mnie, a wspólnoty i nasz apostolat pobłogosławił. Tym samym także Medziugorje, gdyż wspólnota powstała właśnie z inspiracji Gospy. Ów gest wystarczył mi jako znak, i poprzednie inne znaki dane z góry, ze także Rzym nas uznał.
Medjugorje. Gebetsaktion Maria -Koni gin des Friedens Nr 66 (2002). Wien, s. 20 – 24 . tłum. Krystyna Plucinska

(Miesięcznik "Znak Pokoju" nr 194/195 VII 2004r.)

agger - Sro 21 Kwi, 2010 17:11

Świadectwo Teresy:

Pielgrzymka do Medjugorie jest niewątpliwie .... ogromną łaską dla osoby, która weźmie w niej udział. Ufam, że Matka Boża każde dziecko, które chce obdarzyć swoim pokojem zaprosi indywidualnie. Tak było w moim przypadku ( poznałam też wiele osób, które miały podobne spostrzeżenia)
Pierwsza moja pielgrzymka miała miejsce w lipcu 2001roku czyli krótko po obchodach dwudziestej rocznicy objawień.
W sierpniu 2000 roku brałam udział w pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Na jednym z etapów w czasie przerwy na odpoczynek, jedna z uczestniczek nawiązała ze mną rozmowę. Głównym tematem były pielgrzymki do Sanktuariów Maryjnych. Po ustaleniu gdzie byłyśmy a gdzie jeszcze powinnyśmy dotrzeć, z ust mojej rozmówczyni padło pytanie: co sądzę o Medjugorie? Odpowiedziałam: może kiedyś się wybiorę. Tak naprawdę to chciałam uciąć rozmowę gdyż w tym momencie nie posiadałam wiedzy na ten temat. Wiedziałam tylko tyle: były jakieś objawienia , których Kościół jeszcze nie potwierdził.
Pielgrzymka się skończyła nawet zanotowałam sobie nr telefonu do Pani Małgosi ( tak miała na imię) ale jakoś czas leciał a ja miałam świadomość , że dzieli nas 70 km i to chyba nie jest dobry pomysł na” koleżankę”. W moim życiu następowały kolejne zakręty: w pracy totalna klapa, pieniędzy już nie wystarczało na bieżące opłaty i najlepiej co w tym momencie nam wychodziło to kłótnie małżeńskie. Próbowaliśmy ustalić kto jest odpowiedzialny za ten stan rzeczy i nie udało nam się porozumieć. Zaczął się potęgować mój strach i niepokój o naszą przyszłość. Nie widziałam żadnego sensownego rozwiązania. Kiedy życie nie dostarczało mi radości tylko samą gorycz, odkryłam guza piersi o wymiarze 56 mm. Byłam tak zmęczona i rozczarowana życiem więc wydawało mi się , że to może jest dobre rozwiązanie moich problemów. Postaram się dobrze przygotować do śmierci i uwolnię się od tej życiowej bezsilności. O mojej chorobie opowiedziałam tylko dziewiętnastoletniej córce . nie chciałam niepokoić rodziców ani wyczerpanego psychicznie męża.
Właśnie w chwili kiedy tak po ludzku wszystko straciło sens-zadzwoniła moja komórka i odezwała się Pani Małgosia: u nas w parafii organizują pielgrzymkę do Medjugorje i pomyślałam, że mogłybyśmy pojechać tam razem. Byłam zaskoczona i zapytałam : skąd pani ma nr mojego telefonu kom? Usłyszałam wyjaśnienie : znałam imię i wiedziałam, że O. Franciszkanie z Góry Św. Anny kontaktowali się z panią w sprawie organizowania pieszej pielgrzymki więc zadzwoniłam do nich . Tam się okazało, że tym numerem przypuszczalnie dysponuje O. Emilian , który aktualnie jest na studiach w Lublinie. Poprosiłam o namiary na Ojca i przy kolejnej próbie udało mi się ustalić numer telefonu. Byłam wzruszona i czułam ,że zaczyna się w moim życiu dziać coś nieprzypadkowego. Nieśmiało zapytałam o cenę (miałam świadomość, że na ten czas nie dysponuje wolną złotówką) – kolejne zaskoczenie – padła cena i równocześnie zapewnienie, że” ja to zapłacę a pani mi odda w dniu wyjazdu”. W takich okolicznościach nie miałam argumentu aby odmówić. Skoro kobieta, która zna tylko moje imię i nr telefonu kredytuje moją pielgrzymkę, to na pewno stoi za tym Opatrzność Boża. Uznałam, że pojadę i spróbuję się w tym czasie przygotować się do znoszenia skutków choroby. Uznałam, że skoro ten guz tyle czasu rósł sobie bez większych dolegliwości to jeszcze poczekam 2 miesiące z zabiegiem a po powrocie niech się dzieje Wola Boża. Przy pomocy rodziny zgromadziłam potrzebne środki finansowe i jak dobrze pamiętam 02.07.2001 roku wsiadłam do autokaru , który , przez 28 godzin nieustannie zmierzał do Królowej Pokoju. Małgosia ustaliła, że prościej będzie jak zaczniemy zwracać się do siebie po imieniu. Ani przez chwilę nie brakowało tematów do rozmowy miałam wrażenie, że znamy się całe życie. W autokarze usłyszałam , że Matka Boża od dwudziestu lat objawia się codziennie o tej samej porze w Medjugorje. Byłam zaskoczona, że objawienia jeszcze trwają. Część uczestników pielgrzymowała kolejny raz, pozostali mieli niesamowitą wiedzę na temat wydarzeń jakie miały tam miejsce. Trudno było mi zrozumieć jak to się stało, że ” taki osioł jak ja znalazł się w tej grupie” Długo mogłabym opowiadać o wszystkim co mnie tam spotkało ale najbardziej zapamiętałam chwilę kiedy uklękłam przed figura i zamierzałam wyrazić swoją prośbę, która brzmiała mniej więcej tak: Sama najlepiej wiesz jak jestem chora i zagubiona jeśli mam cierpieć i umrzeć to dodaj mi sił abym godnie przez to przeszła. Za rok moja córka wychodzi za mąż i na pewno byłoby jej smutno jeżeli nie mogłabym jej w tym dniu towarzyszyć. Jeśli chcesz daj mi szansę a postaram się nie zawieść. W tej chwili z moich oczu popłynęły strumienie łez i czułam jak wraz z nimi spływa cały lęk i strach i wraca nadzieja, radość i spokój. Tego uczucia nie da się wyrazić słowami. Po powrocie udałam się na badanie kontrolne no i oczywiście miałam ustalić termin zabiegu. Badania nie potwierdziły wcześniej istniejącego guza wywołały zdziwienie lekarza i moją radość. W tej chwili zrozumiałam, dostałam szansę o która prosiłam. Matka Boża w osobie Małgosi zaprosiła mnie do siebie aby podarować mi drugie- lepsze życie, aby uleczyć moją zgubioną i skołataną duszę. Stopniowo zaczęły się prostować moje poplątane życiowe ścieżki. Od tego wydarzenia minęło prawie osiem lat i sześciokrotnie wracałam do Medjugorje. Nie skończyły się problemy w moim życiu ale zmieniło się moje podejście do nich. Wiem, że cokolwiek wydarzy się w moim życiu to Pan Bóg wie o tym i razem ze Swoją Matką – jeśli z ufnością się zwrócę, zaradzi moim smutkom i cierpieniom. Każdy wyjazd przynosił kolejne pozytywne zmiany w moim życiu i mojej rodziny. Poznałam wielu przyjaciół, którzy są dla mnie Prezentami od Matki Bożej z Medjugorje. W trudnych chwilach zawsze mogę liczyć na ich modlitwę wstawienniczą i wsparcie. To niesamowite w jaki sposób Matka Niebieska potrafi odnaleźć i wyciągnąć z życiowego dołka swoje zagubione dziecko...... Do dzisiaj Małgosia jest moją serdeczną przyjaciółką i w niczym nie przeszkadza nam ta 70 kilometrowa odległość. Nie wiem jak wyglądałoby dzisiaj moje życie gdyby nasze drogi na chwilę nie spotkały się 8 lat temu. Medjugorje różni się od pozostałych Sanktuariów Maryjnych, które miałam radość odwiedzić tym , że są to miejsca gdzie Matka Boża kiedyś była a w Medjugorje CI¡GLE JEST. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do autentyczności tych objawień. Duży wpływ na moje nawrócenie ma niewątpliwie Pani Danusia , która do Królowej Pokoju pielgrzymowała już prawie 150 razy i za każdym razem ubogaca program swoją wiedzą - czyniąc z każdej pielgrzymki - niepowtarzalne rekolekcje w drodze.


Wdzięczna za odzyskany pokój i zdrowie Teresa

Dopisek:
(Samo słowo pielgrzymka w powyższym świadectwie oznacza wyjazd z grupą modlitewną, tzw. rekolekcje w drodzę, a nie w ścisłym kościelnym znaczeniu)

daniel.a - Pią 25 Cze, 2010 16:58

O MOŚCIE...

Trzej przyjaciele postanowili, że przeżyją życie realizując swe marzenia, a potem się odnajdą.

Pierwszy z nich odbywał podróże: odkrył nowe lądy, żeglował po nowych morzach, przywiózł do ojczyzny nieznane tam wcześniej towary, jego twarz zaś nosiła ślady mocnych przeżyć.

Drugi studiował: wydobył na światło dzienne nowe pomysły, ukazał ludziom zawrotne horyzonty, nieoczekiwane idee i metody naukowe, jego zaś twarz przybrała szlachetne rysy człowieka wiedzącego.

Trzeci przyjaciel zakochał się, ożenił, miał mnóstwo dzieci, musiał ciężko pracować, aby móc utrzymać rodzinę, a jego oblicze było wciąż twarzą przeciętnego człowieka.

Kiedy ponownie się spotkali, trzeci przyjaciel nie potrafił ukryć ani przed nimi, ani przed samym sobą, własnego rozczarowania. Jakże nędzna była pasja jego życia wobec namiętności pozostałych dwóch!

A kiedy po spotkaniu, rozczarowany i rozgoryczony, wracał do domu - zatrzymał go pewien święty, wziął go za rękę i zaprowadził nad brzeg płynącej niedaleko rzeki.

- Czy widzisz ten most - zapytał go - i dwa filary, które go podtrzymują? Te dwa filary są jak twoi przyjaciele: bez wiedzy i poznania most by się nie utrzymał. Jednakże płaszczyzną mostu jesteś ty, który wytrzymałeś ciężar tylu innych. Te pasje, które uważałeś za nędzne i mało znaczące, to po prostu deski mostu. To one, jedna za drugą, dzień za dniem, umożliwiły tylu ludziom przejście na drugi brzeg.

Twarz mężczyzny rozjaśniła się i przybrała ten wyraz dumy, jaką powinien mieć każdy, kto zda sobie sprawę z głębokiej wartości każdej swojej, codziennej czynności.


Pier D'Aubrigy

Włodek Lubański - Sob 11 Wrz, 2010 23:04

A to ciekawe:
"КОБ wykład gen.Konstantego Piertowa 1".
Na "You Tube"...

daniel.a - Wto 05 Paź, 2010 20:55

Rozmowy o Różańcu

Zapytaliśmy kilka osób, czy znają Różaniec. Ale nie ze słyszenia, tylko z obcowania z tą modlitwą. Czy przyznają się do pewnej z nią zażyłości, do nieodzowności tej modlitwy. Nie pytaliśmy ani księdza, ani zakonnicy, ani mnicha, bo odpowiedź byłaby oczywista. Zapytaliśmy, dość przypadkowo, znajomych, sąsiadów, ludzi w różnym wieku i z różnym wykształceniem. Według badań Instytutu Statystyki Kościelnej, Różaniec jest modlitwą odmawianą przez Polaków najchętniej

Maria Barańska, lat 70, Warszawa - Uratował mnie. Dosłownie. Miałam wtedy 7 lat. Uciekaliśmy z płonącej Warszawy. Wokół gruzy, trupy, swąd spalenizny. Pamiętam dławiący strach i łzy. W połowie ulicy wyrwałam się mamie. Jak oszalała pognałam z powrotem. Wracam do domu po kuferek ze skarbami - przedwojenne pudełko po butach ojca - w nim m.in. różaniec ze szklanych paciorków. Bo akurat wtedy przypomniałam sobie, że katecheta mawiał, iż ludziom, którzy odmawiają Różaniec, przytrafiają się dobre rzeczy. A mojej rodzinie, Warszawie, całej Polsce bardzo potrzebne były wtedy dobre rzeczy.

Matka i brat rzucili się w pościg za mną. Krzyczeli. Potem był taki suchy trzask, narastający z każdą chwilą hałas. Obejrzałam się i zobaczyłam wielkie oczy brata, a tuż za nim ścianę szarego dymu. Zawalił się front kamienicy. Gdyby nie moja ucieczka za różańcem, przywaliłyby nas tony cegieł.

Marcin Michulec, lat 27, Żywiec: - Różaniec to dla mnie "modlitwa drogi". Kiedyś chodziłem codziennie 4 km na stację PKP, brałem do ręki różaniec i modliłem się w rytm kroków. Bywało, że przez kilka miesięcy codziennie pokonywałem te 4 km. Utkwiło mi w pamięci świadectwo Matki Teresy z Kalkuty, która odmierzała drogę nie w kilometrach, a właśnie w odmówionych Różańcach. Skoro jej się tak wszystko w życiu poukładało - pomyślałem - to i ja mogę spróbować. Najbardziej lubiłem rozważać w drodze tajemnicę Nawiedzenia św. Elżbiety. Można było w pewnym momencie uchwycić Maryję za rękę i iść z Nią przez chwilę razem. Było mi wtedy naprawdę łatwiej, a wszystko wokół stawało się piękne.

Matylda, lat 29, Wałbrzych: - Noszę różaniec w kieszeni. Obracam w ręce. Głaszczę paciorki. W rytmie codzienności odmawiam czasem dziesiątek, czasem dwa, bywają dni, że cały. Mój różaniec mieszka w kieszeni. Kieszeń płaszcza, swetra, w lecie boczna skrytka w torebce. Nie pamiętam, kto mnie tego nauczył. Pewnie babcia, bardzo pobożna kobieta. W podstawówce przy odpowiedzi, np. z fizyki, ściskałam w ręce różaniec. To samo na studiach. Na porodówce prosiłam położną, by pozwoliła mi go zatrzymać. Należę do tych ludzi, którym nie wystarcza tylko odmawianie Różańca, ja muszę go czuć fizycznie przy sobie. Wtedy jestem całkiem bezpieczna...

Krzysztof Kucharski, lat 36, Wrocław, USA, obecnie Kraków: - Moja rodzina wyemigrowała z Polski, gdy miałem 13 lat. Przez 21 lat mieszkałem w USA. W czasie studiów medycznych chodziłem do wspólnoty, która modliła się za nienarodzone dzieci. Każdy - a było nas ok. 70 osób - modlił się w intencji konkretnego dziecka.

Następne doświadczenie to modlitwa w intencjach, o które prosiło grono moich przyjaciół. Powstał bowiem zwyczaj takiej wzajemnej pomocy wśród znanych mi osób. Teraz z im poważniejszymi ludzkimi problemami się stykam, tym bardziej proszę Maryję o pomoc. Nie zdarzyło się, żeby Matka Najświętsza w takiej sytuacji "milczała". Modlitwa różańcowa jest dla mnie bardzo ważna. Gdy jej nie odmówię, zaraz mi czegoś brakuje.

Małgorzata, lat 45, Sopot: - Zbieram różańce. Z każdego wyjazdu wakacyjnego przywożę jakiś na pamiątkę. Kilka ma swoją historię. Mam stary, XIX-wieczny - podobno powstańca styczniowego, mam mojej babci, która przeszła z nim Sybir, mam pierwszokomunijny stryjka i śliczny, z drobnych perełek, którejś z pięknych kuzynek. Mam też różaniec z Meksyku, Gwatemali, Alaski, Hiszpanii, Ziemi Świętej, a nawet z Japonii. Są zrobione z kamieni półszlachetnych, z pachnącego drewna, z metalu, z tworzyw sztucznych - rozmaite. Czasem mają formę pierścienia albo modnej ostatnio bransolety. Wieszam je na ścianie nad biurkiem, w miejscu pracy i nauki. Patrzę na nie i tak sobie myślę, że nie jest chyba ze światem tak źle, skoro na każdym jego krańcu, gdziekolwiek żyją chrześcijanie, nieustannie robi się różańce. To oznacza, że ktoś je kupuje, że ktoś się na nich modli. Że nosimy w sobie potrzebę takiej modlitwy. Ja sama? Modlę się na zwyczajnym różańcu, chyba z drzewa lipowego, kupionym mi przez męża wiele lat temu.


Zebrała: Katarzyna Woynarowska


Tekst pochodzi z Tygodnika Katolickiego

agger - Nie 05 Gru, 2010 11:09

Tym razem coś,ze świata sportu.Dziennikarz opisuje swoje wrażenia,o szwedzkich i zagranicznych piłkarzach w tamtejszej lidze...

Czy szwedzcy piłkarze grają dla Belzebuba?

Zagraniczni piłkarze grający w szwedzkiej lidze są zawsze opisywani przez media jako "głęboko wierzący", natomiast o rodzimych nic się nie mówi. Być może są satanistami i grają dla Belzebuba - zwraca uwagę felietonista dziennika "Metro".
Zagraniczni piłkarze ligi szwedzkiej przedstawiani są jako młodzi, głęboko wierzący ludzie.

"Język mediów sportowych tak się zmienił ostatnio, że wymaga poważnych interwencji Szwedzkiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. O piłkarzach zagranicznych pisze się tylko jako o +młodych+, +pewnych siebie+ i +głęboko wierzących+. O Szwedach nie wspomina się nic poza ich umiejętnościami,czyli myśląc logicznie są +podstarzałymi i nieśmiałymi satanistami+" - podkreśla Stephen Mendel Enki na łamach gazety "Metro".

Jak przyznał, inspiracją napisania felietonu było zdobycie mistrzostwa Szwecji przez zespół Malmoe FF zdominowany przez piłkarzy zagranicznych.

Enk podkreślił, że według dzisiejszego szwedzkiego dziennikarstwa sportowego wszystkie tereny zamieszkałe na południe lub na wschód od Niemiec i poza Europą są zamieszkałe przez młodych, głęboko wierzących w Boga ludzi.

Pisząc na przykład o młodym piłkarzu z byłej Jugosławii, grającym w szwedzkiej lidze, nie wolno w żadnym wypadku pominąć jego pochodzenia i religii, natomiast o życiorysie Szweda nie pisze się prawie nic.

"Ostatnio nasze największe gazety opisywały piłkarzy Malmoe FF z Bośni, Brazylii i Urugwaju. Cały czas pojawiały się określenia +przebojowy+ i +młody+ i zaznaczane były ich wypowiedzi, w których dziękowali Bogu. Szkoda, że szwedzcy piłkarze nigdy nie komentują w mediach swojego stosunku do religii; może wówczas byśmy usłyszeli takie cytaty jak +ta bramka była dla Belzebuba+ lub +pomógł nam dzisiaj Książę ciemności+" - napisał Enk.

Ze Sztokholmu Zbigniew Kuczyński

źródło informacji: INTERIA.PL/PAP

P.S.Może jakieś głosy,opinie...

Włodek Lubański - Pon 14 Lut, 2011 21:31

Całe moje życie związane było ze sztukami walki – to był priorytet mojego życia. Medytowałem po dwie godziny dziennie zen, jogę – ćwicząc trzy razy dziennie mentalnie i fizycznie karate. W wieku 21 zostałem dyrektorem ds. karate w Polskim Związku Sztuk Walki w Bydgoszczy i mając stopień 3 dan szkoliłem ludzi w bojowej odmianie karate. Studiując wtedy teologię i filozofię napisałem pracę licencjacką nt. możliwości synkretyzmu filozofii Dalekiego Wschodu z chrześcijaństwem, za którą otrzymałem stopień bardzo dobry. Był to czas, kiedy religia dopiero wchodziła do szkół i poproszono mnie, abym wykładał w jednej z nich religię. Zgodziłem się. Prowadziłem już wtedy szkolenia w dwóch prywatnych szkołach walki, które jak na tamte czasy dawały mi duże możliwości finansowe. To niesamowicie ładowało moje ego. Na imprezach, na dyskotekach, gdzie się zjawiałem, mówili za mną: „Patrz, to jest ten karateka, który strasznie napie……”. Z perspektywy czasu widzę, że było to żenujące, ale wtedy „jarało” mnie to strasznie… I w tamtym czasie zacząłem wchodzić w bardzo konkretną decyzję poświęcenia się na całe życie wschodnim sztukom walki. Chciałem wyjechać na Okinawę i trenować przez całe życie pod okiem wielkich okinawańskich mistrzów. Wiedziałem, że wyjazd ten będzie łączył się z bardzo konkretną inicjacją w sztukach walki, którą można porównać do chrztu w chrześcijaństwie. Polega ona na oddaniu swojego całego umysłu i ciała duchowi karate na całe życie, a jest to duch buddyzmu, duch walczącej agresji, mimo całego nacisku na obronę w technikach walki…
Moja rodzina jest bardzo wierząca. Mieliśmy taki zwyczaj codziennego wspólnego odmawiania dziesiątki różańca. Ja sam nie zauważałem jeszcze wtedy pewnej zdumiewającej rzeczy – było mi coraz trudniej skupić się na modlitwie. Chodziłem co niedzielę na Mszę Świętą, ale mój umysł zupełnie nie był w stanie skupić się na Eucharystii. Z drugiej strony mogłem np. przez godzinę bez trudu medytować zen w zupełnym odprężeniu i ciszy, skupiając się na energiach, które krążyły w moim ciele. Dopiero potem, gdy doświadczyłem Ducha Świętego, zrozumiałem, że są to dwie zupełnie różne moce, które w nas działają. Nie jest prawdą, że Bóg Jedyny i Prawdziwy jest wierzchołkiem góry i różne ścieżki duchowe do Niego prowadzą. Ale trzeba samemu tego doświadczyć.
W tym czasie działałem także w odnowie charyzmatycznej jako animator muzyczny. Pewien znajomy ksiądz zaprosił mnie do Medjugorie. Mówił, że są tam jakieś objawienia Matki Bożej i tak dalej… Zaraz do tego wrócę, muszę Wam się jednak najpierw do czegoś przyznać. Miałem wielkie problemy, aby przyjść na ten świat – by się urodzić. Moja mama poroniła pierwsze dziecko i gdy była ze mną w stanie błogosławionym, bardzo przeżywała to, czy się urodzę. W którymś miesiącu ciąży okazało się na podglądzie, że jestem owinięty pępowiną w taki sposób, że jeśli będę chciał wyjść z łona mamy, to się uduszę. Lekarze byli bezradni i nie wiedzieli, co zrobić. Wtedy moja mama bardzo gorąco zaczęła modlić się do Matki Bożej i powiedziała Jej z całą świadomością, że oddaje mnie Jej na własność, że Maryja może zrobić ze mną co chce, bylebym tylko się urodził. Jak się wkrótce okazało, pępowina „nie wiedzieć czemu” cudownie pękła – ku zdziwieniu lekarzom… a ja przepięknie urodziłem się – tak, że nie tylko się nie udusiłem, ale urodziłem się cały i zdrowy.
Wracając do Medjugorie. Kiedy tam przyjechaliśmy – ja i moich dwóch kolegów, z którymi przyjechałem, też związanych ze sztukami walki, przeraziliśmy się intensywnością programu. W domu miałem problemy z odmówieniem jednej dziesiątki, a tam miałem odmawiać całe 3 części różańca! A dodatkowo jeszcze Msza Święta, modlitwa o uzdrowienie, modlitwa o uwolnienie… No ale, jak już jesteśmy – pomyślałem – to idziemy… Rzeczą, która najbardziej zdumiała mnie na początku było to, że w Medjugorie te modlitwy, które mówisz w domu i ciebie nudzą, tam odmawiasz z lekkością, z radością, z życiem. Postanowiłem jednak być człowiekiem bardzo chłodnym i analitycznym w odbieraniu tego miejsca. Nie chciałem poddać się sugestiom innych ludzi dotyczących dziejących się tam nadprzyrodzonych wydarzeń.
Na drugi dzień okazało się, że jesteśmy zaproszeni na górę Podbrdo, na objawienie się Matki Bożej. Przybyło nas tam ze 2 tys. osób. Dopchałem się z kolegami do krzyża, przy którym objawia się Maryja, by być jak najbliżej tego niezwykłego wydarzenia. Była godz. 21:30, cudowny klimat, ludzie rozmodleni, śpiewy uwielbiające Jezusa… Nagle zorientowałem się, że stoję blisko Iwana – jednego z widzących. Jeszcze pamiętam, jak odezwałem się wtedy do kolegów: „Patrzcie, to jest doskonały zen. Tak powinniśmy medytować, w takim skupieniu, jak ten koleś tutaj…”.
Około godz. 22:30 stało się… Ivan nagle zerwał się, klęknął, podniósł głowę i zaczął z kimś rozmawiać. Wszedł w ekstazę. Kapłan, który był przy nim, wziął mikrofon i powiedział, że właśnie Matka Boża przyszła i jest już wśród nas. Wszyscy uklęknęli, ja miałem przed tym opory i nie chciałem uklęknąć, starałem się to wszystko analizować bardzo sceptycznie i na spokojnie. I w pewnym momencie coś się stało. Przyszła do mnie niesamowita fala takiej czułości i takiego szczęścia, że moje ciało, moje emocje, wszystko zaczęło się we mnie totalnie wywracać. Zacząłem płakać jak dziecko. To doświadczenie mocy było zupełnie inne od tego, które uzyskiwałem przez medytację po 15 latach treningu. Była to odczucie… najbardziej niezwykłej kobiety. Bardzo delikatna, bardzo subtelna i łagodna moc płynąca od Najpiękniejszej Dziewczyny we Wszechświecie. Rozwaliło mnie to zupełnie. Czułem, jakby mnie Ktoś przytulał, modlił się nade mną i szeptał prosto do serca, jak bardzo jestem kochany… Trwało to około 15 minut, po czym widzący wstał, wziął mikrofon i zaczął opowiadać o tym, co Matka Boża mówiła, jak wyglądała…
Wtedy runął mi zupełnie obraz Maryi, który miałem wcześniej. Wcześniej wyobrażałem Ją sobie siedzącą na tronie, z berłem i Dzieciątkiem na ręku, patrzącą gdzieś z daleka na ten świat, jako kogoś bardzo dalekiego ode mnie. Mówiło się zdrowaśki do Matki Bożej, ale tak naprawdę zupełnie Jej nie odczuwałem. A tu słyszę, że Maryja wygląda mniej więcej na 17-18 lat, ma około 164 cm wzrostu, niebieskie oczy, kruczoczarne włosy, jest niezwykle delikatna, ale moc, która płynie z Niej, z Jej spojrzenia jest niesamowita. Szczególnie Jej oczy są niesamowite. Widzący nie wpadają w ekstazę z faktu, że widzą Matkę Bożą, tylko z olbrzymiego przeżycia w zobaczeniu, jak Ona wygląda. Ivan mówi, że nazywa Ją piękną, ale to słowo w stosunku do Niej nic nie znaczy. Trzeba Ją zobaczyć, by zrozumieć. Jej piękno nie jest stąd, nie jest z tego świata! Mówi, że nigdy nie widział piękniejszej Dziewczyny. Ona jest taka delikatna i taka piękna! Inna z widzących mówiła to samo, że nie może znaleźć słów, by opisać Jej piękno, gdyż nie ma takiego piękna na ziemi. Nie ma żadnej osoby, która by Ją przypominała. Ona jest zawsze piękniejsza. Gdy jest się przy Niej, ma się chęć tylko płakać ze szczęścia…
Napisałem później pracę licencjacką o objawieniach Matki Bożej w chrześcijaństwie. Okazało się, że w ciągu tych 2000 lat wszyscy widzący Maryję widzieli praktycznie to samo – najpiękniejszą nastolatkę świata o urodzie i piękności takiej, że niemożliwe jest opisanie Jej opisanie. Patrząc na Maryję człowiek całkowicie wymięka. Kto odkrył Maryję naprawdę, ten odkrył promieniowanie Jej niesamowitej czułości i miłości, delikatności połączonej z niesamowitą mocą i wolą walki z szatanem. Taka jest Maryja z Nazaretu, Największa Wojowniczka Boga. Gdziekolwiek Ona się pojawi, szatan jest miażdżony.
Po tym objawieniu ludzie padali sobie w ramiona. Zapanowała wielka radość i pokój. W tym stanie uniesienia ludzie zaczęli wracać do swoich kwater, a ja, wstrząśnięty, postanowiłem sobie usiąść jeszcze przy tym kamieniu, pod krzyżem. Tam powiedziałem Maryi:
„Jeśli to wszystko, co tutaj się dzieje, jest prawdą, a nie tylko moim emocjonalnym rozchwianiem, to proszę Cię, Maryjo, abyś jeszcze raz przyszła i została tutaj ze mną, bo muszę coś bardzo ważnego w życiu zrobić i muszę Ci o tym powiedzieć.”
Siadłem sobie na kamieniu i powtórnie otrzymałem dar bardzo silnego odczucia Jej obecności… Siedziałem na tym kamieniu, Ona siedziała obok mnie i opowiadałem Jej o wszystkim, o całym moim życiu, o przyszłości… Co to było za odczucie… nie zapomnę tego do końca życia!
W końcu kumpel mówi: „Dominik, idziemy już na kwatery! Zobacz jak długo tu siedzimy…”. Ja mówię: „Stary, daj spokój, jeszcze pół godziny.” A on na to: „Zobacz, która jest godzina.” Ja patrzę na zegarek: 01:30 w nocy. Zdumiony nie wierzyłem, że siedziałem tam tak długo… czas po prostu przestał dla mnie istnieć.
W końcu wróciliśmy na kwatery, a ja nie mogłem zasnąć. Cały czas, niesamowicie wzruszony postanowiłem to wszystko co odczuwałem przelać na papier. Napisałem list do Maryi, w którym oddałem Jej całe moje życie – swoją dziewczynę, sztuki walki, moich przyjaciół, całą moja przyszłość, wszystkie plany na życie, które miałem. Schowałem ten list do kieszeni i dopiero wtedy usnąłem.
Na drugi dzień poszliśmy do jednej z widzących – Vicki. Ta opowiadała nam przepięknie o Matce Bożej, o przesłaniach Maryi do świata i zakończyła niespodziewanie słowami:
„Jeśli ktoś chce coś szczególnego powiedzieć Matce Bożej, to dzisiaj wieczorem, kiedy Ona przyjdzie do mnie, dam Jej tę informację od was. Dlatego, jeśli ktoś chce, to niech coś napisze i da mi, a ja Jej to przekażę.”
Szybko sięgnąłem do kieszeni i pierwszy przekazałem Vicce mój list.

Wróciłem do domu, do Polski w stanie niezwykłego duchowego przebudzenia. Nie rozstawałem się z różańcem, zacząłem pościć o chlebie i wodzie, wyłączyłem telewizor, muzykę… Moi rodzice byli wtedy na rekolekcjach Oazy Rodzin. Zadzwonili do mnie z pytaniem, jak tam było. Powiedziałem, że nie jestem w stanie tego opisać. Zaproponowali więc, abym do nich przyjechał i wszystko im opowiedział…
Na miejscu było około 60 osób – rodzin z małymi dziećmi i dwóch kapłanów. Kiedy zacząłem opowiadać o Medjugorie, było około godziny 22:00. Skończyłem opowiadać gdzieś koło północy. Rodzice patrzyli na mnie takimi oczami, jakby zobaczyli ducha. Obecni tam księża, którzy mnie znali, byli w niezłym szoku. Na końcu powiedziałem im, że tam – w Medjugorie – otrzymaliśmy specjalne błogosławieństwo od Matki Bożej, które mamy przekazywać wszystkim innym, w celu nawracania ich i przyjęcia błogosławieństwa Bożego. I jeśli chcą, to mogę im to błogosławieństwo przekazać. Księża patrzą na mnie… - wyobraźcie sobie: koleś przyjeżdża nie wiadomo skąd i jakieś błogosławieństwo chce przekazywać… Rodzice też za bardzo nie wiedzieli co się dzieje. Było tam kilkanaście małżeństw, które przy kawce słuchały tego wszystkiego… I nagle zrobił się niesamowity harmider. Tamci pobiegli po inne małżeństwa, zaczęli budzić dzieciaki o 24:00, schodzić się całymi rodzinami. Ja kładłem na nich ręce, błogosławiłem… co się tam działo…tyle pokoju i radości w sercach tylu ludzi…
Kiedy wróciłem do domu kręciłem okrążenia na różańczyku, jedno okrążenie za drugim, nie nudząc się, nie mogąc się nasycić modlitwą odczuwając niesamowitą radość, szczęście i pokój serca. Szczególnie niezwykłe było doświadczenie pokoju serca, daru Ducha Świętego od Maryi Królowej Pokoju. Zobaczyłem, że wyciszenie zmysłów, które uzyskiwałem w czasie medytacji zen, to zupełnie inne doświadczenie niż pokój serca, dar Ducha Świętego. Po dwóch dniach zadzwonił do mnie przyjaciel znad morza i mówi: „Słuchaj, od trzech dni trwa zgrupowanie karate, które miałeś prowadzić. Gdzie ty jesteś?”

Rzeczywiście, zupełnie o tym zapomniałem. Zapakowałem kimono do plecaka i pojechałem. Na treningu wszyscy spojrzeli na mnie zdumieni, ponieważ do czarnego pasa przy kimonie przywiązałem różaniec. Nic nie powiedzieli z szacunku, a może i ze strachu, że dostaną bęcki za głupie uśmieszki, ale spojrzenia mieli przedziwne. Poprowadziłem trening jak zawsze, czyli pokazywałem im, jak na pięćdziesiąt różnych sposobów można kogoś zabić, a potem wyjąłem swój różaniec i powiedziałem, że dzisiaj nie będzie medytacji, tylko opowiem im o miłości Pana Boga do każdego z nich i opowiem, kim jest Matka Boża… I najciekawsze było to, że tak słuchali mnie przez dwie godziny, a na końcu wszyscy chcieli przyjąć błogosławieństwo Matki Bożej. Tak więc kładłem na nich ręce i przekazywałem je modląc się nad nimi.
Dużo by jeszcze opowiadać… Ponieważ byłem dosyć znany w środowisku młodzieżowym w Bydgoszczy, zaczęto mnie zapraszać na różne rekolekcje. Głosiłem Słowo, mówiłem o Medjugorie, o Maryi. Bardzo dużo osób się nawracało, do tego stopnia, że zaczęliśmy organizować pielgrzymki do Medjugorie – tylko dla młodzieży. Utworzyliśmy grupy medjugorskie Matki Bożej, gdzie młodzież modliła się trzema częściami różańca dziennie i pościła o chlebie i wodzie w środy i piątki. Działy się wielkie rzeczy, znaki i cuda nawróceń wręcz zdumiewających!
Kilka miesięcy później, będąc w Dębkach niedaleko Żarnowca, ćwicząc intensywnie na treningu karate, zacząłem odczuwać, że wykonując techniki karate, przenika mnie złowrogi niepokój, nie wiadomo skąd. Trening, który kiedyś przynosił mi ogromną radość, teraz nie wiedzieć czemu stał się odczuwaniem niewytłumaczalnego lęku i niepokoju. Straciłem cały pokój serca i radość, który miałem dzięki modlitwie. Nie mogłem sobie z tym poradzić. Wiedziałem, że niedaleko mieścił się klasztor benedyktynek i pewnego dnia poszedłem tam. Na furcie powiedziałem, ze chciałbym porozmawiać z jakąś mądrą siostrą. Po chwili wyszła do mnie jedna z sióstr, która tak na mnie popatrzyła, uśmiechnęła się i powiedziała: „Czekałam na ciebie.” Usiedliśmy sobie w pokoju i zaczęliśmy rozmawiać tak, jakbyśmy się znali od zawsze. Na końcu powiedziała mi: „Słuchaj, Matka Boża ma dla ciebie wspaniały plan, ale tym, co cię od Niej odgradza jest sztuka walki, którą trenujesz. Wybór należy do ciebie.”

Byłem zdumiony… Myślałem, że będę przyprowadzał do Matki Bożej chłopaków, którzy sami od siebie nigdy do kościoła nie przyjdą i to będzie taka fajna forma ewangelizacji, by poprzez sztuki walki doprowadzić ich do chrześcijaństwa. Ale ona kręciła tylko głową i mówiła:

„Nie, to są dwa różne źródła mocy, nie można tego łączyć. Nie można być jednocześnie chrześcijaninem i buddystą. Nie można trenować kogoś w bardzo brutalnych technikach walki, a jednocześnie otwierać się na Moc Ducha Świętego, który jest Pokojem, Czułością, Łagodnością całkowicie pozbawioną agresji…”.
Tak więc z ciężkim sercem, ale za wielką łaską Bożą podjąłem decyzję, że rezygnuję ze sztuk walki. Przyjechałem do Bydgoszczy, zrobiłem walne zebranie związku i złożyłem rezygnację ze stanowiska dyrektora technicznego ds. karate. Nie wiedziałem, co będzie dalej, ale moja decyzja była nieodwołalna.
Od tamtego czasu minęło przeszło 15 lat. Nadal przyjaźnię się z wieloma znajomymi z tamtego środowiska sztuk walk. Cały czas trzymamy się razem. Moi najbliżsi przyjaciele, z którymi trenowałem przez wiele lat, są dzisiaj ewangelizatorami w Bydgoszczy; jeden w środowisku biznesmenów, drugi już nie trenuje sztuk walki – zrezygnował z nich na rzecz sportów walki. Ma bardzo mocną sieć klubów taekwondo w Bydgoszczy i tam również propaguje drogę życia chrześcijańskiego wśród młodzieży.
Kończąc moje opowiadanie, Matka Boża coraz głośniej wołała mnie, abym się Jej oddał. To było z miesiąca na miesiąc coraz mocniejsze, coraz silniejsze, ale tak jak zawsze, było to: „Jeśli chcesz. Nie musisz, tylko jeśli chcesz.” Bardzo delikatnie, cichutko, aby nie przestraszyć, aby nie naruszyć wolnej woli, pytała:
„Czy chcesz być mój na zawsze, tylko dla mnie? Jeśli tego nie chcesz, będę cię kochać, będę cię błogosławić, dam ci szczęśliwą rodzinę. Ale jeśli chcesz zostać moim ukochanym kapłanem, to będziesz najbardziej szczęśliwy.”
No i tak się stało. Rok później wstąpiłem do zgromadzenia salezjańskiego…
I tak, w wielkim skrócie, opowiedziałem Wam historię swojego powołania. Po wielu latach prowadzenia przez Maryję w życiu zakonnym, doświadczałem wielkich walk z szatanem, ale na Niej nigdy się nie zawiodłem. Ona zawsze była, jest i będzie przy mnie i przyjdzie po mnie w chwili śmierci, aby mnie przyprowadzić do Ojca Niebieskiego, tak jak to czyni każdego dnia już tu na ziemi - na modlitwie. Jej moc nad szatanem jest druzgocząca, Ona ma całą moc Boga, aby zmiażdżyć szatana. Tak bardzo to widzę w posłudze uwalniania i egzorcyzmach. W posłudze uzdrawiania widzę, że najpiękniejsze uzdrowienia dzieją się wtedy, gdy Ona prosi o nie Jezusa i Jezus dokonuje ich składając nas w Jej ramionach. A jednocześnie widzę jak szatan przeraźliwie Jej się boi i zrobi wszystko, żeby wyeliminować Ją z życia i z serca każdego dziecka Bożego. Widzę, że – tak jak w życiu ziemskim – relacje w rodzinie są wtedy najpiękniejsze, gdy dziecko ma kochąjącą mamę i tatę… tak w życiu duchowym dziecko najpiękniej się rozwija, gdy ma kochającego Ojca Niebieskiego i Najwspanialszą Mamę Maryję! Wtedy jest najbezpieczniejsze.
Ks. Dominik Chmielewski

Włodek Lubański - Pią 04 Mar, 2011 08:16

Tym razem z przymróżeniem oka...

Oto polska kandydatura do Nagrody Darwina:

Szczecińska prokuratura badała, czy pracodawca jednego z miejscowych murarzy nie popełnił przestępstwa, nie zapewniając mu bezpiecznych warunków pracy. Oto treść pisma poszkodowanego murarza do prokuratury:

Szanowni państwo, w raporcie jako przyczynę wypadku podałem: "próba samodzielnego wykonania pracy". W piśmie stwierdzili Państwo, że powinienem podać pełniejsze wyjaśnienie. Sądzę, że poniższe szczegóły będą wystarczające.
Jestem z zawodu murarzem. W dniu wypadku pracowałem sam na dachu nowego, trzypiętrowego budynku. Kiedy zakończyłem pracę, stwierdziłem, że mam ponad 150 kg. cegieł porozrzucanych wokoło. Zdecydowałem się nie znosić ich na dół pojedynczo, lecz spuścić je w beczce. Po zabezpieczeniu liny na dole wszedłem na dach i zawiesiłem na niej beczkę załadowaną cegłami. Potem zszedłem na dół i odwiązałem linę, a następnie, trzymając ją mocno, zacząłem powoli opuszczać 150 kilowy ciężar.
W raporcie o wypadku napisałem, że ważę 80 kilogramów. Możecie sobie państwo wyobrazić, jak duże było moje zaskoczenie nagłym szarpnięciem do góry - straciłem orientację, nie puściłem jednak liny. W połowie drugiego pietra spotkałem się z opadającą beczką - to tłumaczy pękniętą czaszkę i złamany obojczyk.
Zwolniłem trochę z powodu beczki, ale kontynuowałem gwałtowne wciąganie nie zatrzymując się, aż kostki mojej prawej ręki nie weszły w blok. Na szczęście pozostałem przytomny.
W tym samym czasie beczka z cegłami uderzyła o ziemię. W wyniku uderzenia jej dno pękło, a zawartość wypadła. Pozbawiona cegieł beczka ważyła już tylko 25 kilogramów, więc w tej sytuacji zacząłem gwałtownie spadać i w połowie drugiego pietra ponownie spotkałem się z beczką, która tym razem wznosiła się do góry. W efekcie mam pęknięte kostki i rany szarpane nóg. Spotkanie to opóźniło mój upadek na tyle, że odniosłem mniej obrażeń przy upadku na stos cegieł - złamane tylko trzy żebra.
Z przykrością muszę stwierdzić, że gdy leżałem obolały na cegłach nie mogłem wstać ani się poruszać, a ponadto przestałem trzeźwo myśleć i puściłem linę. Pusta beczka ważąca więcej niż lina spadła na dół i połamała mi nogi.

Włodek Lubański - Nie 18 Mar, 2012 10:37

Sztuczna "rumunka"...

http://www.youtube.com/wa...k&feature=share

agger - Nie 29 Lip, 2012 07:24

Pewnego razu było dziecko gotowe, żeby się urodzić.
Więc któregoś dnia zapytało Boga:
- Mówią, że chcesz mnie jutro posłać na ziemię, ale jak ja mam tam żyć, skoro jestem takie małe i bezbronne?
- Spomiędzy wielu aniołów wybiorę jednego dla ciebie. On będzie na ciebie czekał i zaopiekuje się tobą.
- Ale powiedz mi, tu w Niebie nie robiłem nic innego tylko śpiewałem i uśmiechałem się, to mi wystarczało, by być szczęśliwym?
- Twój anioł będzie ci śpiewał i będzie się także uśmiechał do ciebie każdego dnia. I będziesz czuł jego anielską miłość i będziesz szczęśliwy.
- A jak będę rozumiał, kiedy ludzie będą do mnie mówić, jeśli nie znam języka, którym posługują się ludzie?
- Twój anioł powie ci więcej pięknych i słodkich słów niż kiedykolwiek słyszałeś, i z wielką cierpliwością i troską będzie uczył Cię mówić.
- A co będę miał zrobić, kiedy będę chciał porozmawiać z Tobą?
- Twój anioł złoży twoje ręce i nauczy cię jak się modlić.
- Słyszałem, że na ziemi są też źli ludzie. Kto mnie ochroni?
- Twój anioł będzie cię chronić, nawet jeśli miałby ryzykować własnym życiem.
- Ale będę zawsze smutny, ponieważ nie będę Cię więcej widział.
- Twój anioł będzie wciąż mówił tobie o Mnie i nauczy cię, jak do mnie wrócić, chociaż ja i tak będę zawsze najbliżej ciebie.
W tym czasie w Niebie panował duży spokój, ale już dochodziły głosy z ziemi i Dziecię w pośpiechu cicho zapytało:
- O, Boże, jeśli już zaraz mam tam podążyć powiedz mi, proszę, imię mojego anioła.

- Imię twojego anioła nie ma znaczenia, będziesz do niego wołał: "MAMUSIU" :-)

Romano - Pon 10 Gru, 2012 19:25

Ronald Russell


Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się śmialiśmy.

Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.

Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które wczoraj nie wierzyliśmy.

Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.



Dzisiejsze zakochane dziecko, to to, które wczo­raj pieściliśmy.

Dzisiejsze roztropne dziecko, to to, któremu wczoraj dodawaliśmy otuchy.

Dzisiejsze serdeczne dziecko, to to, któremu wczoraj okazaywaliśmy miłość.

Dzisiejsze mądre dziecko, to to, które wczoraj wychowaliśmy.

Dzisiejsze wyrozumiałe dziecko, to to, któremu wczoraj przebaczyliśmy.



Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło ra­dością.

Romano - Nie 24 Mar, 2013 19:35

Z notatnika Wieska Jindraczka:
-----------------------------------------
Umarł narkoman i trafił do piekła . Przekroczył bramę i zamiast ognia widzi ogromne pole konopi .
Biegnie żeby zerwać trochę liści na jointa , a tu pojawia się diabeł i mówi :
- "po co się męczysz tam masz zerwane" .
Faktycznie obok pola leży wielka hałda zerwanych liści . Wziął trochę żeby ususzyć , a diabeł znowu mówi :
- "po co się męczyć tam masz ususzone" .
Obrócił się narkoman i patrzy , a tu obok góra suszu . Wziął garść suszu i zaczyna skręcać , a diabeł na to :
- "po co się męczysz przecież masz gotowe jointy" .
I rzeczywiście . Patrzy narkoman a tuż przy nim pryzma gotowych jointów . Wybrał największego i najgrubszego , podchodzi do diabła i pyta :
- "diable masz zapałki" .
A diabeł mu na to ze śmiechem odpowiada : "BYŁBY OGIEŃ , BYŁBY RAJ" .

jupp - Nie 12 Maj, 2013 19:05

Ja moja ostatnio historyjka jest tako! ( ale to tak jeno miedzy nami)
Otuz jo i moja rodzina zyjemy juz bardzo, bardzo dlugo poza Straduniom.
Moja mama ta staro ciekawo baba, to mi koze co niedziela do tej „ Gazetki Glosu Serca“ patrzec
i jej opowiadac kto kosciol sprzonto, kedy zas bendom pakety do biednych,itd. A nojbardziej to jom
interesuje za kogo som Mszy w kosciele. Jo mysla ze ona chce wiedziec czy juz naprawde wszystkich przezyla albo se tam jeszcze ktos z tych dojrzalych ludzi po straduni krzonto.
Moja mama to ci durch zykol, jo padom kto w zyciu tyle zlego nawykuszo ten wie za co teraz musi na starosc zykac. A jo zech jest winny ze wasz faroz Lubczyk eno pisze jak mu se chce do tej Gazetki.
Ona pado wiesz synek to jest niemozliwe co jo o tym sondzam. Bo jak by dzieci tak pilnie zadanie domowe odrabialy,“jak ten faroz do tej gazetki pisze“ to zostanom siedziec a z roboty to by juz kazdy downo wyleciol. Ale jo na faroza nie moga nic powiedziec.
On mo napewno za duzo roboty, bo te stradunioki to sztalujom jeda msza za drugom, niekedy i dwie w jeden dzien, to jest robota! Potem mo za duzo pieniedzy i zas nie mo czasu zeby se jakimis pirdolami z gazetkom zajmowac .
Straduniok

Włodek Lubański - Sro 18 Wrz, 2013 18:24

RADA/PORADA
Uczeń poprosił mistrza:
- Jesteś taki mądry. Zawsze masz dobre samopoczucie, nigdy się nie złościsz. Pomóż mi, abym i ja stał się taki jak ty.
Mistrz zgodził się i poprosił ucznia, by ten przyniósł kartofla i plecak.
- Gdy się na kogoś obrazisz lub rozzłościsz i zachowasz urazę, - powiedział mistrz, - weź jednego kartofla, napisz na nim imię człowieka, z którym miałeś konflikt i włóż kartofla do plecaka.
- To wszystko? – zapytał zdumiony uczeń.
- Nie - odparł mistrz. – Musisz zawsze nosić ten plecak przy sobie. Za każdym razem, gdy się na kogoś pogniewasz – dorzucaj kolejnego kartofla.
Uczeń pilnie wykonywał polecenia mistrza. Mijał czas, plecak wypełnił się kartoflami i stał się ciężki. Noszenie go wszędzie ze sobą było sporą niewygodą. W dodatku, kartofel, który trafił do plecaka jako pierwszy, zaczął gnić, pokrył się lepkim śmierdzącym szlamem. Inne kartofle puszczały pędy, psuły się, wydzielały ostry, nieprzyjemny zapach.
Uczeń przyszedł do mistrza i zaczął się skarżyć:
- Nie mogę tego świństwa wszędzie ze sobą nosić. Po pierwsze, plecak jest za ciężki, a po drugie – kartofle się psują. Zaproponuj inne rozwiązanie.
Mistrz odpowiedział:
- To samo dzieje się w twojej duszy. Po prostu nie zauważasz tego od razu. Działania zmieniają się w nawyki. Nawyki stają się charakterem, który produkuje złowonne cechy. Dałem ci możliwość obserwacji tego procesu. Za każdym razem, gdy postanowisz się obrazić lub odwrotnie – obrazić kogoś – zastanów się, czy jest ci potrzebny dodatkowy kartofel.

agger - Pon 07 Paź, 2013 09:41

MOJE KAMIENIE ŻYCIA...
Pewnego dnia, pewien stary profesor został zaangażowany aby przeprowadzić kurs dla grupy dwunastu szefów wielkich koncernów amerykańskich, na temat skutecznego planowania czasu.
Kurs ten był jednym z pięciu modułów przewidzianych na dzień szkolenia. Stary profesor miał więc do dyspozycji tylko jedna godzinę by wyłożyć swój przedmiot. Stojąc przed ta elitarna grupa (która była gotowa zanotować wszystko, czego ekspert będzie nauczał), stary profesor popatrzył powoli na każdego z osobna, następnie powiedział: "Przeprowadzimy doświadczenie". Z pod biurka, które go oddzielało od studentów, stary profesor wyjął wielki dzban (o pojemności 4 litrów), który postawił delikatnie przed sobą.

Następnie wyjął około dwunastu kamieni, wielkości piłki do tenisa, i delikatnie włożył je kolejno do dzbana. Gdy dzban był wypełniony po brzegi i niemożliwym było dorzucenie jeszcze jednego kamienia, podniósł wzrok na swoich studentów i zapytał ich: "Czy dzban jest pełen?" Wszyscy odpowiedzieli: "Tak" Poczekał kilka sekund i dodał: "Na pewno?". Następnie pochylił się znowu i wyjął spod biurka naczynie wypełnione żwirem. Delikatnie wysypał żwir na kamienie po czym potrząsnął lekko dzbanem. Żwir zajął miejsce miedzy kamieniami... aż do dna dzbana. Stary profesor znów podniósł wzrok na audytorium i znów zapytał: "Czy dzban jest pełen?"

Tym razem świetni studenci zaczęli rozumieć. Jeden z nich odpowiedział: "Prawdopodobnie nie" "Dobrze" odpowiedział stary profesor. Pochylił się jeszcze raz i wyjął spod biurka naczynie z piaskiem. Z uwaga wsypał piasek do dzbana. Piasek zajął wolna przestrzeń miedzy kamieniami i żwirem. Jeszcze raz zapytał: "Czy dzban jest pełen?"

Tym razem, bez zająknienia, świetni studenci odpowiedzieli chórem: "Nie", "Dobrze" odpowiedział stary profesor. I tak, jak się spodziewali, wziął butelkę wody, która stała na biurku i wypełnił dzban aż po brzegi Stary profesor podniosł wzrok na grupę studentów i zapytał ich: "Jaka wielka prawdę ukazuje nam to doświadczenie?" Niegłupi, najbardziej odważny z uczniów, biorąc pod uwagę przedmiot kursu, odpowiedział: "To pokazuje, ze nawet jeśli nasz kalendarz jest całkiem zapełniony, jeśli naprawie chcemy, mażemy dorzucić więcej spotkań, więcej rzeczy do zrobienia". "Nie" odpowiedział stary profesor, "To nie o to chodziło".

"Wielka prawda, która przedstawia to doświadczenie jest następujaca: jeśli nie włożymy kamieni, jako pierwszych do dzbana, później nie będzie to możliwe". Zapanowało głębokie milczenie, każdy uświadomił sobie oczywistość tego stwierdzenia.

Stary profesor zapytał ich: "Co stanowi kamienie w waszym życiu?" "Wasze zdrowie?", "Wasza rodzina?", "Przyjaciele?", "Zrealizowanie marzeń?", "Robienie tego, co jest wasza pasja?" "Uczyć się?", "Odpoczywać?", "Dać sobie czas...?", "Albo jeszcze cos innego?", "Należy zapamiętać, ze najważniejsze jest włożyć swoje KAMIENIE jako pierwsze do życia, w przeciwnym wypadku ryzykujemy przegrać... własne życie Jeśli damy pierwszeństwo drobiazgom (żwir, piasek), wypełnimy życie drobiazgami i nie będziemy mieć wystarczająco dużo cennego czasu, by poświęcić go na ważne elementy życia.

Zatem nie zapomnijcie zadać sobie pytania: "Co stanowi kamienie w moim życiu?"

Następnie, włóżcie je na początku do waszego dzbana (życia) "Przyjacielskim gestem dłoni, stary profesor pozdrowił audytorium i powoli opuścił salę...

Co jest Twoim kamieniem, skałą, opoką?
Spraw Panie abyś był zawsze na właściwym miejscu w naszym życiu.
Amen.

Romano - Pon 07 Paź, 2013 10:17

Obejrzyj...

http://www.youtube.com/wa...33B562E429A3287

daniel.a - Wto 08 Paź, 2013 19:36

MOST...
Pewien człowiek pracował jak operator zwodzonego mostu. Kiedy podnosił most, przepływały pod nim barki, opuszczając go przepuszczał mknące po szynach pociągi. Pewnego dnia wziął ze sobą do pracy swego kilkuletniego jedynego synka. Gdy wykonywał swoje rutynowe czynności, jego syn bawił się na zewnątrz dyżurki. Wtem rozległ się dźwięk telefonu, który jak zwykle był zapowiedzią informacji o nadjeżdżającym pociągu. Szybko włączył urządzenie opuszczające most i właśnie wtedy usłyszał przeraźliwy krzyk swego syna. Gdy wyjrzał na zewnątrz, zobaczył, że jego noga uwięziona została w trybach maszyny, które powoli miażdżyły ją i wciągały do środka. W tej chwili usłyszał także sygnał nadjeżdżającego z oddali pociągu. W tak dramatycznej sytuacji miał jedynie dwie możliwości - opuścić lub podnieść most wybawiając syna od śmierci, ale skazując na nią setki pasażerów nadjeżdżającego pociągu.
Ojciec wybrał śmierć syna...

Kiedy pociąg przejeżdżał po moście, niektórzy ludzie uśmiechnięci machali mu rękoma na powitanie. On tymczasem stał zalany łzami, a jego serce przeszywał ogromny ból z powodu męki, w jakiej zginął jego jedyny, ukochany syn.

Kilka dni temu bezczynnie przechadzałem się po pewnym korytarzu. Czekałem na przyjaciół, którzy w każdej chwili kończyć mieli próbę swego zespołu. Z nudów przez zupełny przypadek podniosłem niewielką, gęsto zapisaną kartkę, która leżała na jakimś stole. Zacząłem czytać. Początkowo bezmyślnie, całkowicie odruchowo. Jednak już po kilku zdaniach zapomniałem o ludziach, na których czekałem. Po plecach przeszedł mi zimny dreszcz. Przebiegałem oczyma tekst, który rozpoczął ten felieton...

Kiedy skończyłem, zupełnie bezwiednie wsunąłem tę karteczkę do kieszeni spodni. Sądzę, że Was również bardzo to poruszyło. Zamyślony siedziałem na zimnych schodach w ciemnym korytarzu. I właśnie wtedy jak jeszcze nigdy dotąd znienacka dotarło do mnie, że przed dwoma tysiącami lat ktoś cierpiał w ten sam sposób. Ktoś utracił ukochanego syna, by także ratować ginących ludzi. Jego dziecko nie zginęło w trybach maszyny umożliwiającej unoszenie zwodzonego mostu. Umierało znacznie dłużej. Przybite kilkunastocentymetrowymi gwoździami do drewnianego krzyża.

Tamtego wieczora chyba pierwszy raz w życiu zupełnie świadomie zdałem sobie sprawę z cierpienia, jakie stało się przed wiekami udziałem Boga. Poświęcił swego syna, byśmy mogli żyć. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ta śmierć była konieczna, dlaczego nie można było rozwiązać tego inną drogą. Widocznie nie można było... Pan Jezus, kiedy chodził jeszcze po ziemi, wypowiedział takie słowa:

"Większej miłości nikt nie ma, nad tę, jak gdy kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich"

I tak, jak powiedział, to uczynił. Zmarł przybity do krzyża za nasze winy. Także Twoje... Jego śmierć jest najlepszym dowodem na to, iż jest ktoś, kto Cię akceptuje i kocha.

Jeśli dotąd nie miałeś okazji, przyjmij go jako swego Pana i Zbawiciela. To nie jest trudne. Wystarczy mały krok. Naprawdę niewielki. Właśnie w tej chwili masz okazję podjąć najważniejszą decyzję swego życia. Nie bądź już więcej obojętny na tę miłość.

Włodek Lubański - Nie 02 Mar, 2014 11:26

Z życia wzięte...

SYN: Tato, mogę Cię o coś zapytać?
TATA: No jasne, o co chodzi?
SYN: Tato, ile zarabiasz na godzinę?
TATA: To nie twoje sprawa. Dlaczego zadajesz mi takie pytanie?
SYN: Ciekawy byłem. Powiedz mi proszę ile zarabiasz na godzinę.
TATA: No,jak tak bardzo chcesz wiedzieć zarabiam 100 $ na godzinę.
SYN: Oj! (z opuszczoną głową), tato, pożyczyłbyś mi 50 $?
Tata się wkurza.
TATA: Jedyny motyw dlaczego mnie o to zapytałeś, bo chciałeś żebym pożyczył ci pieniędzy na zakup jakieś głupiej zabawki, albo innej bezsensownej rzeczy do swojego pokoju i do łóżka.
Zastanów się nad tym dlaczego jesteś takim egoistą. Ja pracuję ciężko cały dzień a ty zachowujesz się tak niedojrzale.

Mały chłopczyk poszedł w ciszy do swojego pokoju i zamknął drzwi.
Mężczyzna usiadł i myśląc o pytaniu chłopca i jeszcze bardziej się zdenerwował. Jak on mógł zadać mi takie pytanie. Zaczął rozmyślać.
Może miał potrzebę kupić coś niezbędnego za te 50 $, nie pyta często o pieniądze.
Mężczyzna poszedł do pokoju chłopca i otworzył drzwi.

TATA: Śpisz synku?
SYN: Nie tato, nie śpię
TATA: Tak sobie pomyślałem, że może byłem zbyt surowy dla ciebie. To był naprawdę ciężki dzień dla mnie i wyładowałem się na tobie. Oto 50 $ o które mnie poprosiłeś.
Mały chłopiec usiadł na łóżko i uśmiechnął się.
SYN: Ach, dziękuję tato.
Po czym spod poduszki wyciągnął pomarszczone banknoty. Mężczyzna zobaczywszy, że chłopiec miał pieniądze zaczyna się denerwować.
TATA: Dlaczego chcesz pieniądze skoro je masz?
SYN: Ponieważ nie miałem wystarczająco, ale teraz już mam.
Tato, mam 100 $ teraz. Mogę kupić jedną godzinę z twojego czasu. Proszę przyjdź wcześniej jutro z pracy. Chciałbym zjeść z tobą kolację.
Tata oniemiał. Objął synka i błagał o przebaczenie.
To jest tylko historyjka, która ma przypomnieć wam wszystkim, że nie jest tylko ważne aby pracować ciężko całe życie. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że czas ucieka nam między palcami, a my nie spędzamy go z osobami bliskimi, ważnymi, tymi które kochamy. Jeżeli umarlibyśmy jutro, firma dla której pracujemy łatwo nas zastąpi w kilka dni, ale rodzina i przyjaciele będą nas opłakiwać przez resztę ich życia. Pomyślmy więc dlaczego tak bardzo jesteśmy pochłonięci pracą. Istnieją ważniejsze rzeczy.

agger - Nie 16 Mar, 2014 13:17

BEZ RĄK i NÓG...

Zachęcam do obejrzenia.

Polskie napisy są. http://www.youtube.com/watch?v=k3MvN1xnTOQ

daniel.a - Czw 26 Lut, 2015 09:11

Zna ktoś może te codzienne rozważania?...
http://dar-opole.pl/index...-ze-slowem.html

Niedawno,znalazłem tam ciekawy tekst...

Minutka ze Słowem
-------------------------------

Religijna przemoc?
''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''

Żadna mama nie pyta swojego chorego syna o to, czy ma ochotę zjeść
tabletki i wypić syrop. Mama nie pyta również swojej ukochanej
córeczki, czy mając odpowiedni wiek, chce w końcu iść do szkoły, czy
jeszcze ze dwa lata pobawiłaby się na placu zabaw. Ojciec nie zastanawia
się nad tym, czy dziecko ma ochotę jechać wspólnie z rodzicami na
urlop, czy akurat teraz się jemu odwidziało; urlop został zaplanowany,
zaliczka zapłacona i koniec. Nie ma dyskusji…

W dobie „dzikiej wolności” prawie wszyscy są przewrażliwieni na
punkcie religijnym. Prowadzić dziecko do kościoła na szkolną Mszę,
jeśli tylko ono nie ma ochoty, to przemoc. Zobowiązać dziecko do
nauczenia się na pamięć kilku modlitw, jeśli nie ma na to ochoty, to
przemoc. Zobowiązać ucznia do wejścia do kościoła, który jest jednym
z obiektów zaplanowanych do zwiedzania w czasie szkolnej wycieczki, jeśli
nie ma ochoty, to przemoc…

Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał
lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po
skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie
zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie
pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych.
Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po
trzech dniach odnaleźli Go w świątyni.

Może dziś stawiono by Maryję i Józefa przed sądem i oskarżono o
przemoc religijną na dziecku? Może ze względu na nieupilnowanie dziecka,
ograniczono by im prawa rodzicielskie? Co za czasy…

Panie Jezu, wypełni serca rodziców miłością do swoich dzieci. Udziel
im też odwagi, aby z głębokim pokojem wychowywali je w duchu
pobożności i wiary.

podpowiada ks. Gienek Ploch


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group