STRADUNIA Strona Główna STRADUNIA
Nasza wieś... Wasz Świat !!!

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Opowiedz mi swoją historię
Autor Wiadomość
Miczka Roman
weteran forum


Wiek: 46
Dołączył: 30 Lis 2007
Posty: 134
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 14/22
 63%
Wysłany: Sro 07 Sty, 2009 09:49   

Zima - jedna z czterech pór roku w przyrodzie, w strefie klimatu umiarkowanego. Charakteryzuje się najniższymi temperaturami powietrza w skali roku, umiarkowaną ilością opadu atmosferycznego, zazwyczaj zestaloną (zamarzniętą) formą opadu i osadu atmosferycznego, a większość świata roślin i zwierząt przechodzi okres uśpienia.

Zima astronomiczna rozpoczyna się w momencie przesilenia zimowego i trwa do momentu równonocy wiosennej, co w przybliżeniu oznacza na półkuli północnej okres pomiędzy 22 grudnia a 21 marca (czasami daty te wypadają dzień wcześniej lub dzień później, a w roku przestępnym mogą być dodatkowo cofnięte o jeden dzień). Podczas zimy astronomicznej dzienna pora dnia jest krótsza od pory nocnej, jednak z każdą kolejną dobą dnia przybywa, a nocy ubywa.

Za zimę klimatyczną przyjmowało się okres roku, w którym średnie dobowe temperatury powietrza spadają poniżej 0 °C. Zasadniczo zimę poprzedza jesień, jednak pomiędzy tymi okresami znajduje się klimatyczny etap przejściowy - przedzimie. Podobnie zimę od wiosny oddziela przedwiośnie.

Dla półkuli południowej wszystkie opisane daty i zjawiska są przesunięte o pół roku. Za miesiące zimowe na półkuli północnej uznaje się grudzień, styczeń i luty, a na południowej czerwiec, lipiec i sierpień.
 
 
Miczka Roman
weteran forum


Wiek: 46
Dołączył: 30 Lis 2007
Posty: 134
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 14/22
 63%
Wysłany: Pią 09 Sty, 2009 12:33   

O tajemnicy modlitwy

U podnóża gór, których wierzchołki były ledwie dostrzegalne w blasku słońca, leżała mała wioska. Mieszkańcy utrzymywali się tu głównie z rolnictwa. Tego roku padały bardzo obfite deszcze, tak że górskie potoki mocno przybrały i zaczęły zalewać okoliczne pola. Uprawy zboża i ziemniaków zaczęły gnić z nadmiaru wody. Mieszkańcom powoli zaczęły kończyć się zapasy żywności. Z dnia na dzień sytuacja stawała się coraz gorsza. W wiosce zaczął panować głód. Wszyscy mieszkańcy byli załamani, zwłaszcza że deszcze wciąż nawiedzały wioskę. Nie byli w stanie nic zrobić, przyroda okazała się od nich silniejsza. W końcu delegacja mieszkańców udała się do proboszcza, aby zapytać go o radę. Gdy przyszli do niego, on tylko popatrzył na nich i powiedział:

- "Nie samym chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z ust Pana." (Pwt 8,3)

Oni nie zrozumieli tych słów i smutni odeszli, ponieważ nadal nie wiedzieli, co mają robić. Wrócili do mieszkańców zgromadzonych na rynku i powtórzyli im słowa proboszcza. Wszyscy posmutnieli, też nie rozumiejąc, co mają znaczyć te słowa. Nagle jedna z osób wykrzyknęła radośnie:

- Wiem, co mamy robić, powinniśmy się zacząć modlić, to właśnie znaczą te słowa: aby w trudnych sytuacjach nie załamywać się, ale polecać je Bogu.

Następnego dnia cała wioska czekała u wrót świątyni. Jakież było ich zdziwienie, kiedy ujrzeli czekającego tam na nich proboszcza. Rozpoczęła się Msza i ludzie zaczęli się gorliwie modlić. Następnego dnia przestało padać. W tydzień po tym wydarzeniu życie w wiosce wróciło do normy.

W trudnych chwilach czasem najprostsza pomoc jest najbardziej skuteczna.
Może warto więc czasem pomodlić się?


Marcin Melon
 
 
Włodek Lubański
medal za tyle postów!


Wiek: 69
Dołączył: 09 Cze 2006
Posty: 548
Poziom: 21
HP: 0/996
 0%
MP: 475/475
 100%
EXP: 30/56
 53%
Wysłany: Sob 10 Sty, 2009 08:48   

Takich opowiastek jak ta w powyższym poście Romka,z pewnością napotkaliśmy nie raz na różnych stronach.
Czytamy,czasem zachwycamy się...
A może wzbogaćmy naszą straduńską stronę tymi "napotkanymi" ciekawymi tekstami... Tu je zamieśćmy.Zachęcam...
_________________
"Możemy być tylko tym, kim jesteśmy, nikim więcej i nikim mniej."
T. Goodkind
 
 
Miczka Roman
weteran forum


Wiek: 46
Dołączył: 30 Lis 2007
Posty: 134
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 14/22
 63%
Wysłany: Sob 10 Sty, 2009 09:14   

Dwaj przyjaciele

Starszy nazywał się Frank i miał 20 lat. Młodszy Ted miał 18 lat. Wiele czasu spędzali razem, ich przyjaźń sięgała czasów szkoły podstawowej. Razem postanowili zaciągnąć się do wojska. Przed wyjazdem przyrzekli sobie u rodzinom, że będą wzajemnie uważać na siebie.

Szczęście im sprzyjało i znaleźli się w tym samym batalionie. Batalion ich został wysłany na wojnę. Było to straszliwa wojna, pośród rozpalonych piasków pustyni. Przez pewien czas Frank i Ted przebywali o obozie, chronionym przez lotnictwo. Lecz któregoś dnia pod wieczór przyszedł rozkaz by wkroczyć na terytorium nieprzyjaciela. Żołnierze pod piekielnym ogniem wroga dotarli do pewnej wsi. Ale nie było Teda. Frank szukał go wszędzie. Znalazł jego nazwisko w spisie zaginionych. Zgłosił się u komendanta z prośbą o pozwolenie na poszukiwanie jego przyjaciela.

- To jest zbyt niebezpieczne - odpowiedział komendant. - Straciłem już twego przyjaciela, straciłbym również ciebie. Tam ostro strzelają.

Frank mimo wszystko poszedł. Po kilku godzinach znalazł Teda śmiertelnie rannego. Ostrożnie wziął go na ramiona. Nagle dosięgnął go pocisk. Nadludzkim wysiłkiem udało mu się donieść przyjaciela do obozu.

- Czy warto było umierać, by ratować umarłego? - spytał komendant.

- Tak - wyszeptał Frank, gdyż przed śmiercią Ted powiedział: - Wiedziałem, że przyjdziesz.

To właśnie powiemy Bogu w takiej chwili:
"Wiedziałem, Boże, że przyjdziesz!"


Bruno Ferrero
 
 
daniel.a
weteran forum


Wiek: 52
Dołączył: 14 Lis 2008
Posty: 132
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 12/22
 54%
Wysłany: Sro 14 Sty, 2009 08:23   

Wtorek, 13 stycznia (06:58)

Z o. Leonem Knabitem rozmawia Michał Bondyra

Studenci ułożyli kiedyś taką fraszkę: "Pan Bóg jest dowcipny, każdy się przekona, bo stworzył żyrafę i Ojca Leona". Patrząc na swoje życie, potwierdza Ojciec, że Stwórcy nie brakuje dobrego humoru?

- Zdarzają się w życiu historie podobne, ale na moją patrzę właśnie z perspektywy dobrego humoru Pana Boga: syn listonosza z prowincjonalnych Siedlec, odprawiający Mszę św. w Bazylice św. Piotra na Watykanie, przy stole - z Janem Pawłem II, podróżujący po Europie od Fatimy po Wilno, odwiedzający nawet Toronto i Los Angeles; chorujący poważnie od młodości, osiąga już 79 lat życia i 55 lat kapłaństwa.
Harcerzyk z I Siedleckiej Drużyny im. Romualda Traugutta, prowadzący amatorsko ogniska i akademie, a obecnie uczestnik i autor wielu programów telewizyjnych i radiowych oraz kilkudziesięciu poczytnych, choć nie wystrzałowych książek, do tego jeszcze mnich benedyktyński w przesławnym starożytnym Tyńcu... Czy Stwórca bez poczucia humoru wymyśliłby coś takiego? Oczywiście nie zamykam naiwnie oczu na wszystko zło, które dzieje się na świecie, ale to już temat na osobną rozmowę.

Co Ojcu dziś daje powód do radości? Są to wciąż te same wartości, osoby, rzeczy, zdarzenia czy z upływem lat, bagażem doświadczeń, cieszy Ojca coś innego? Radość ewoluuje?

- Radość ewoluuje pozytywnie, gdyż coraz bardziej widzę harmonię wszystkich prawd naszej wiary. Nie wszystko mogę pojąć, a najbardziej Boga samego. Ale na podstawie doświadczeń własnego życia i życia innych ludzi jestem coraz bardziej przeświadczony, że Bóg jest właśnie tym i to coraz bardziej TYM, w którego wierzyłem od początku. Mocniej czuję Jego obecność i miłość. W tej zaś perspektywie wszelkie zło na ziemi, także moje, nie jest aż tak wielkie. Z całym Kościołem coraz goręcej dziękuję Mu, że sprawił, "byśmy stali przed Nim i Jego chwalili"...

Relacja Bóg-zakonnik, ale ten konkretny - Ojciec Leon. Jest w niej autentyczna radość. Z czego ona tak naprawdę wynika?

- Z tego, że mnie powołał i dzięki Jego łasce do dzisiaj trwam w powołaniu i mam szczery zamiar wytrwać do końca. Jestem gotów ponieść karę za wszystko, co w moim życiu sprzeciwiało i wciąż sprzeciwia się Jego woli. To nie przeszkadza jednak w radości opartej na ufności Bożemu Miłosierdziu. Przyczyną mojej radości jest też macierzyńska opieka Maryi, której oddałem się w niewolę ponad pół wieku temu. Może to wszystko brzmi dewocyjnie, ale proszę znaleźć lepszą receptę na radość, która wzrasta, miast przemijać? Najlepiej chyba spróbować tej samej drogi, zgodnie ze swoim własnym powołaniem.

Każdy wie, że obcowanie z człowiekiem potrafi dawać wiele szczęścia... Sądząc po otwartości, ciągłej pogodzie ducha, te Ojciec czerpie chyba pełnymi garściami...

- Bardzo zobowiązuje mnie to, że ludzie mówią, iż właśnie ze mnie czerpią. Ktoś powiedział, że trzeba dawać, żeby była miłość, a brać, by była pokora. Wprawdzie więcej jest radości w dawaniu, aniżeli w braniu, ale dbałość o równowagę w tym względzie pomnaża radość.
czytaj dalej


No właśnie, ale obcowanie z drugim to nie zawsze jest radość. Czasem, ból, smutek, rozczarowanie. Jak sobie wtedy radzić?

- Im bliżej jestem Boga, tym bardziej "nie lękam się, co może uczynić mi człowiek". Niektóre trudne spotkania ewoluują ku radości, a gdzie tego nie ma, musi być wzmożona modlitwa. Bóg sobie z każdym poradzi. Pewność tego jest swoistym opatrunkiem na rany zadane czasem nieświadomie przez drugiego człowieka, a z takim "opatrunkiem" to już nic radości nie umniejszy.

Relacja z Bogiem, drugim człowiekiem powinny dawać radość życia, a co z relacją z samym sobą?

- Tu jest walka, niemal w każdej minucie. Jeśli jednak podobno Karol Marks powiedział, że walka jest jego szczęściem, o ileż większym szczęściem jest walka o ciągłe poszerzanie dobra we własnej duszy? Wsparta w dodatku świadomością, że teraz już wszystko zależy tylko ode mnie. Chrystus zrobił dla mnie wszystko i nadal otacza mnie troskliwą opieką. Wciąż jest więc "kolej na mnie". Mimo iż odznaczam się często oślim uporem, trwając przy swoich wadach, mam pewność, że On zwycięży. I to jest radość, jakiej świat dać nie może...

Czy w dzisiejszych czasach można żyć tak, by fatalizm, pesymizm, a w najlepszym przypadku realizm szarej, czasem brudnej, odartej nierzadko z nadziei codzienności miał najpierw nutkę, a później całą partyturę optymizmu?

- Ksiądz Prymas Wyszyński zapytany, jak można pomóc Kościołowi, powiedział: "Przede wszystkim być w stanie łaski!". Powtarzam to i ja wszystkim, których trudna rzeczywistość frustruje i zniechęca. Trzeba zawrzeć na serio przymierze z Panem Bogiem. Przejść z Panem Bogiem na "Ty", a z szatanem na "proszę pana". Zaufać, że On nie wyprowadzi na manowce. Nie usunie cierpienia, ale pokaże jego sens. I cel człowieka. A wtedy możemy próbować zaśpiewać z franciszkanami: "Bo radość jak przypływ morza uderza o serca brzeg...". I pojmiemy sens adwentowego, Pawłowego: "Jeszcze raz mówię - radujcie się".
 
 
agger
weteran forum


Wiek: 69
Dołączył: 05 Lut 2008
Posty: 145
Poziom: 11
HP: 0/272
 0%
MP: 130/130
 100%
EXP: 3/25
 12%
Wysłany: Sob 24 Sty, 2009 15:52   

Świadectwo Carmen z Meksyku:

“Byłam niechętnie usposobiona do wyjazdu do Medjugorja, lecz moja siostra nalegała. Jak wiesz, ponad dwadzieścia lat temu wyszłam za mąż za wspaniałego mężczyznę. Dla mnie to było pierwsze małżeństwo, lecz dla niego drugie (rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną). Od chwili zawarcia małżeństwa cierpieliśmy bardzo dużo. Byliśmy wyrzutkami rodziny. Miejscowy ksiądz z naszego miasteczka powiedział nam, że żyjemy w grzechu. Stwierdziłam, że trudno było mi uwierzyć, że to było grzeszne, skoro mój mąż pod każdym względem był cudownym i wiernym mężczyzną.

Dwa lata temu umarł mój mąż. Poczułam się bardzo osamotniona. Moja siostra nalegała, żebym zbliżyła się do Kościoła, lecz za każdym razem, gdy próbowałam to zrobić, czułam wewnątrz siebie coś, co mnie powstrzymywało. Wstydziłam się i czułam się zraniona przez tych, którzy mnie unikali, chociaż twierdzili, że kochają Boga. Pozostałam z dala od Kościoła.

Gdy siostra poprosiła mnie, żebym towarzyszyła jej do Medjugorja, nie wywołało to u mnie zachwytu, chociaż przyjęłam możliwość zrobienia czegoś poza zwykłą rutyną. Jak pamiętasz, powiedziałam ci, że samo wspomnienie modlitwy sprawiało, że czułam się wewnętrznie chora i chociaż chciałam podróżować, to nie chciałam jechać na pielgrzymkę. Ale jadąc do Medjugorja na 20-tą rocznicę objawień stwierdziłam, że nawet w nie nie wierzyłam! Zawsze próbowałam unikać takich rzeczy, szczególnie modlitwy lub adoracji lub Mszy św., lecz ciągle zapraszałeś mnie, żebym się przyłączyła, jeśli będę miała ochotę. Chociaż miałam za złe to zapraszanie, chciałam przyłączyć się do ciebie, ponieważ wydawałeś się taki pewien tego, co mówisz o Matce Bożej. Byłeś pierwszą osobą, która nie podkreślała cudów Medjugorja, lecz raczej orędzia miłości, jakie Matka Boża ma dla nas wszystkich i to sprawiło, że poczułam się swobodnie.

Wysiadając z łodzi w Splicie miałam chorobę morską i już zdążyłam znienawidzić siebie i swoją siostrę za to, że mnie zabrała. Lecz gdy przybyłam do Medjugorja, poczułam w sercu szczególne poruszenie. Po rozmowie z tobą w autobusie, coś wewnątrz mnie powiedziało mi, żebym dała sobie szansę. Wspomniałeś, że Matka Boża przychodzi, żeby w szczególny sposób opiekować się swymi chorymi dziećmi i to było widać w twoim nawróceniu. Mówiłeś także, żebym nie szukała znaków na niebie czy w przyrodzie, lecz żebym spojrzała do wnętrza, żebym otworzyła swe serce na te cztery dni, gdy będę w Medjugorju. Tak bardzo chciałam to uczynić. Gdy pokazałeś wzgórze objawień, poczułam, jak coś w mym wnętrzu przynagla mnie do wejścia na górę. Nawet jeśli nienawidziłam wspinania się na wzgórza, weszłam z naszą grupą, odmawiając różaniec (którego ponownie się nauczyłam!) Na szczycie odczułam pragnienie, żeby być sama, więc poszłam do drewnianego krzyża, poza miejscem, gdzie siedziała grupa i tam pozostałam.

Zagłębiłam się w sobie, pragnąc dowiedzieć się, czy mój mąż poszedł do nieba. Był dobrym człowiekiem, a ja modliłam się za niego. Gdy byłam gotowa odejść, odwróciłam się, żeby spojrzeć na ciebie i na grupę, ale odeszliście. Wtedy z przerażeniem zaczęłam szukać kogoś, kto by mi pomógł znaleźć drogę do zejścia. Zaczęłam chodzić i wtedy zobaczyłam tego księdza i spytałam go, czy nie mówi po hiszpańsku. Ku memu zdziwieniu powiedział, że tak, więc spytałam go, która droga prowadzi w dół wzgórza. Spytał mnie, dlaczego odchodzę, a ja powiedziałam, że już zobaczyłam to miejsce. On mi powiedział, że nie jestem tu, żeby zobaczyć, lecz żeby się modlić, ponieważ jest to jedyny sposób, w jaki naprawdę mogę zobaczyć oczyma swego serca. Nie czułam się wobec niego skrępowana i w odpowiedzi rzekłam, że się również modliłam. Lecz on odpowiedział mi, że muszę modlić się więcej. Wtedy uświadomiłam sobie, że rozmawiam z księdzem po hiszpańsku! Byłam szczęśliwa, że mogę rozmawiać z kimś oprócz księdza, który przyjechał z naszą grupą, ponieważ wstydziłam się wyjawić mu swoje myśli. Pamiętam także, że powiedziałeś mi, żebym modliła się do Matki Bożej, żeby Ona umieściła w moim życiu świętego księdza, żeby mi pomógł uporządkować moje uczucia i otworzyć moje serce. Więc pomyślałam sobie: “Szybko odpowiedziała na moje wołanie!”

Spytałam tego księdza, czy mogę z nim porozmawiać o sobie i wtedy zaczęłam mu mówić o swoich wątpliwościach, o życiu, mężu, dzieciach i podróży do Medjugorja. Opisałam mu swoje głębokie pragnienie zbliżenia się do Eucharystii i opowiedziałam o lęku, że to grzech, że wyszłam za człowieka rozwiedzionego. Wytłumaczyłam mu, że kochałam tego człowieka. To było ciekawe, ponieważ ja mówiłam i mówiłam, a on słuchał z niewiarygodną uwagą, nigdy nie przerywając. Gdy skończyłam, on spojrzał w moje oczy spojrzeniem, którego nigdy nie zapomnę, głębokim spojrzeniem, które było współczujące i pełne miłości, miłości kogoś, kto jest po to tylko, żeby pomóc. Następnie mówił o ważności sakramentu pojednania i jaki to jest dla nas niewiarygodny dar i o tym, jak Jezus wyciąga ręce, żeby objąć nimi wszystkie nasze grzechy i uzdrowić nasze serca. Przypomniał mi pewne wydarzenia z Ewangelii takie, jak uzdrowienie chromego i przebaczenie Marii Magdalenie. Spytałam go, czy wierzy w objawienia. Powiedział, że matka zawsze będzie szukać swoich dzieci, szczególnie, gdy są chore. A ludzkość jest teraz chora, utraciła wiarę, lecz jeśli się modlimy i pościmy i żyjemy zgodnie z Ewangelią, to zacznie się piękny świat. Powiedział mi, że potrzeba nam wiary, a dzięki modlitwie wiara się umocni.

Zaczęliśmy schodzić ze wzgórza w kierunku ulicy, a po chwili uświadomiłam sobie, że opowiedziałam mu historię całego swojego życia i że muszę poprosić go o błogosławieństwo i przebaczenie grzechów. Spojrzał na mnie i położył rękę na mojej głowie. Powiedział mi, żebym poszła i poszukała spowiedzi u księdza, spowiedzi sakramentalnej. Spytałam go, czy może mi udzielić rozgrzeszenia, a on mi odpowiedział, że my tylko rozmawialiśmy, ale że powinnam pójść do spowiedzi przede Mszą św. podczas różańca. Powiedział mi, że powinnam poszukać księdza w drugich drzwiach za konfesjonałami.

Tego popołudnia wzięłam różaniec, który mi dałeś i poszłam prosto do konfesjonału, o którym mi powiedział ksiądz, mając nadzieję, że go tam znajdę. Lecz ku memu zdziwieniu znalazłam księdza z Argentyny (tak sądzę) i otrzymałam sakrament pojednania. Dla mojego serca było to jak balsam! Naprawdę mogłam odczuć uleczenie wszystkich moich ran. Odczułam znaczenie przynależności do Boga i Jezusa i zaczęłam płakać i płakać. Był to już czas Komunii św., gdy przestałam płakać i po raz pierwszy od ponad 20 lat otrzymałam Eucharystię, ten błogosławiony pokarm! Pamiętam historię o mannie z nieba i rzeczywiście chodziłam po pustyni bez tego cudownego pokarmu!

Tego wieczora gdy spacerowałam z tobą, opowiadając ci o tym cudownym wydarzeniu, ujrzałam na małym znaczku obrazek księdza, z którym tego dnia rozmawiałam na wzgórzu. Wskazałam na niego i powiedziałam ci, że to był ten ksiądz, o którym ci mówiłam. Pamiętam, że miałeś dziwny wyraz twarzy, lecz nie mówiąc ani słowa znalazłeś wymówkę udając, że oglądasz w sklepie jakieś medale. Widziałam, że zwilgotniały ci oczy.

Teraz rozumiem, że nie chciałeś mi powiedzieć, kim był ten ksiądz. Lecz siostra powiedziała mi, że to był ojciec Slavko, święty ksiądz, który umarł w listopadzie. Dziękuję, że nie komentowałeś tego w tym czasie, ponieważ nie zrozumiałabym. Teraz mogę iść w świat mówiąc o niewiarygodnej miłości, jaką otrzymałam od mojego Pana, Jezusa i o niewiarygodnym darze, jaki Matka Boża dała mi na rocznicę swych objawień!

Teraz modlę się i poszczę i uczęszczam na codzienną Mszę św. W żaden sposób nie mogę opuścić Eucharystii po tym wszystkim, jak opuszczałam ją przez tak wiele lat. Chcę nadrobić te stracone lata. Modlę się, żebyś nadal mógł przynosić Medjugorje i Matkę Bożą wielu ludziom takim jak ja, którzy chodzą w ciemnościach. Modlę się za swoją matkę, która odeszła 10 lat temu. Była bardzo pobożną kobietą i gdy spytałam ją, dlaczego tak wiele się modli, po prostu powiedziała, że któregoś dnia zrozumiem. Naprawdę rozumiem, jej modlitwy przyniosły mi światło 10 lat później. Teraz rozumiem wartość wszystkich moich modlitw. Każdego drugiego dnia miesiąca wstaję o 4.00 rano, żeby modlić się z Mirjaną i Matką Bożą za niewierzących. Modlę się za tych wszystkich, którzy mają nie uporządkowane serca, a szczególnie za tych, którzy właśnie teraz prowadzą wojnę. Jestem pewna, że jeśli będziemy pościć i modlić się, to oni się nawrócą i rzeczywiście zatriumfuje Serce Matki Bożej i Najświętsze Serce Jezusa.

Przekaż innym moje doświadczenie, jeśli sprawiłoby to coś dobrego. I dzięki.”
 
 
daniel.a
weteran forum


Wiek: 52
Dołączył: 14 Lis 2008
Posty: 132
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 12/22
 54%
Wysłany: Czw 12 Lut, 2009 09:52   

Moja choroba zbliżyła mnie do Boga

"Ojcze, dziękuję Ci za moje ograniczenia bo dzięki nim poznaję, że potrzebuję Ciebie i że potrzebuję moich braci" (Z modlitw o pokorę).

Pytanie: "Dlaczego spotkała mnie taka choroba?" długo pozostawało bez odpowiedzi, ale w czasie trudnego okresu jej trwania odkryłam obecność i działanie Boga w moim życiu - Przeżyć takie doświadczenie choroby to tak, jak wyjść z miejsca ciemności, lęku i bólu na światło -dostrzec, że Jezus zawsze był blisko.

Gdy miałam sześć lat, ujawniła się u mnie łuszczyca, która bardzo szybko zaatakowała widoczne miejsca na skórze mojego ciała. Rozpoczęło się długie i uciążliwe leczenie przez stosowanie diety, różnych maści i kuracji ziołowej. Nie przynosiło to żadnych pozytywnych skutków. Pamiętam z okresu wczesnego dzieciństwa moją mamę, która płakała nade mną i modliła się o moje zdrowie. W 1956 roku w czasie Mszy świętej na Jasnej Górze powierzono mnie i moją chorobę Matce Bożej.

Bardzo trudnym okresem w moim życiu było dorastanie, gdyż szczególnie wtedy odczułam ciężar tej choroby. Oprócz bólu fizycznego zaczęłam w sposób dotkliwy doświadczać bólu psychicznego zadawanego przez moich rówieśników. Czułam się jak trędowata, nikomu niepotrzebna, bez przyszłości. I chociaż rodzice otaczali mnie miłością, wydawało mi się, że jestem dla nich przede wszystkim ciężarem.

Gdy miałam dziewiętnaście lat, nastąpiło takie nasilenie objawów choroby, że nie mogłam już być leczona w domu. Znalazłam się więc w szpitalu Akademii Medycznej w Gdańsku. Mój stan psychiczny był beznadziejny. Czułam w sobie żal i bezsilność, a zamiast radości życia, naturalnej dla człowieka w tym wieku, okazywałam wymowne milczenie i smutek. Pamiętam, że w takim stanie ducha zastał mnie ksiądz Leon Dąbski, który odwiedzał chorych na moim oddziale. To dzięki jego słowom zachęcającym mnie do modlitwy obudziła się we mnie iskierka nadziei. Do dzisiaj pamiętam to, co do mnie powiedział: "Módl się, a jeżeli będziesz prosiła o cokolwiek Matkę Najświętszą, Ona cię nie opuści. Bądź cierpliwa i głęboko wierz". Wtedy pojawiła się we mnie nadzieja, że może spełni się moje marzenie, bym mogła kiedyś założyć bluzkę z krótkim rękawem i nie ukrywać mojej chorej skóry. Ten trzymiesięczny pobyt w szpitalu był ciężki nie tylko ze względu na to, iż miałam świadomość, że jest to choroba nieuleczalna, ale też dlatego, że byłam traktowana jako pomoc naukowa dla studentów oraz obiekt eksperymentów - sprawdzania nowych metod i środków leczenia tej choroby.

A jednak Pan dał taki czas, że zewnętrzne objawy choroby ustąpiły, choć pozostawiła ona głębokie ślady w mojej psychice. Przede wszystkim żyłam w ciągłym lęku przed jej nawrotem. Ponadto miałam trudności w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi, bałam się nowych znajomości. Po ukończeniu szkoły średniej powzięłam postanowienie, że nie wyjdę za mąż, aby nie być dla nikogo ciężarem i nie wnosić do małżeństwa swojego cierpienia i lęków.

Rozpoczęłam pracę zawodową i chciałam zapomnieć o przeszłości. Pan Bóg miał jednak inne plany w stosunku do mnie. W miejscu pracy poznałam mojego przyszłego męża, urodziłam dwie zdrowe córki i byłam szczęśliwa aż do czasu powrotu choroby. Znowu znalazłam się w szpitalu. Tym razem jednak wierzyłam w Bożą pomoc. I nie zawiodłam się. Szybko wróciłam do zdrowia i od tego czasu nie było już nawrotów choroby. Chociaż cierpię na różne dolegliwości zdrowotne, które pozostawiła po sobie łuszczyca, to wierzę, że Pan dał mi się odnaleźć właśnie przez tę chorobę. Jestem wdzięczna Bogu, że postawił na mojej drodze kapłana, którego wiara i ufność pomogły mi zacząć zwracać się do Boga w modlitwie. Modliłam się z ofiarowanego mi przez niego modlitewnika. Dzisiaj, po ciężkim doświadczeniu mojej choroby, dziękuję Bogu nie tylko za uzdrowienie, ale i za dar modlitwy, za radość z Jego obecności w moim życiu. Przeprowadzając mnie przez doświadczenie nieuleczalnej choroby, Bóg pozwolił mi odnaleźć Siebie. Pan Jezus stał się najważniejszy w moim życiu. Szczerze pragnę, by każdy człowiek chory i cierpiący mógł doświadczyć Bożej miłości i miłosierdzia. Modlę się o to gorąco, posługując we wspólnocie grupy modlitewnej za chorych, cierpiących i konających. Chwała Panu za Jego wielką miłość!


Zofia
 
 
Romano
medal za tyle postów!


Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 200
Poziom: 13
HP: 0/370
 0%
MP: 176/176
 100%
EXP: 6/30
 20%
Wysłany: Czw 30 Kwi, 2009 14:08   

Artykuł: Aby po prostu żyć inaczej

Dodany: 2009-04-17

Ola, choć ma dopiero 19 lat, posiada bogaty bagaż doświadczeń. Życie nie oszczędziło jej cierpień i bólu. Niedługo stanie przed możliwością rozpoczęcia nowego etapu. Zapewnia, że dobrze z niego skorzysta, że nie będzie powielać błędów swoich rodziców. Chce stworzyć rodzinę i ciepło domowego gniazdka, o którym sama mogła jedynie marzyć.


Ola urodziła się w Niemodlinie. Tam też dorastała. Życie potoczyło się nie tak, jak miało być. Rodzice nadużywali alkoholu, dlatego ograniczono im prawa rodzicielskie. Kiedy miała sześć lat, wspólnie z siostrami trafiła do domu dziecka w Brzegu. Dziewczyna ma jeszcze brata, ale rodzeństwo zostało rozdzielone ze względu na różnicę wiekową. – Po dwóch miesiącach babcia wzięła mnie i brata do siebie – wspomina Ola. W małej miejscowości pod Opolem dzieci wychowywały się pod okiem matki ojca rodzeństwa. U babci spędzili dziesięć lat. W tym czasie wielokrotnie odwiedzali swoich rodziców. Jak wspomina dziewczyna, czasami zostawali na noc. Po jakimś czasie Ola zaczęła opuszczać się w nauce. Wagarowała. Czas, który miała poświęcać na siedzenie w szkolnej ławce, wolała przeznaczyć na przechadzki z koleżankami. Pewnego dnia policja zabrała brata Oli do domu dziecka w Chmielowicach. – Moja babcia była zaskoczona, dopiero kiedy spotkałam się z rodzicami, powiedzieli mi, że sama mam zgłosić się do tej samej placówki – wspomina. Tak też zrobiła, nie chciała już niepotrzebnych problemów, ucieczek.
Minęło kilka lat. Dziś Ola kończy trzecią klasę handlówki. Ma praktykę, za którą dostaje 130 złotych, do tego kieszonkowe z domu dziecka. Niewiele, ale na bieżące potrzeby musi wystarczyć. Choć bez pomocy innych ciężko związać koniec z końcem. Ma na szczęście jeszcze dom nad głową, ciepłe posiłki. W placówce może pozostać do ukończenia szkoły. Potem musi sobie już radzić sama.
We wrześniu ubiegłego roku dziewczyna napisała pismo do Urzędu Miasta w Niemodlinie. Że się usamodzielnia, że jej rodzice mają małe mieszkanie, że chce pracować i kontynuować naukę. Po dwóch miesiącach dowiedziała się, że magistrat pozytywnie rozpatrzył jej prośbę. Otrzyma lokal socjalny. Gmina przekaże klucze do sześciu miesięcy od momentu opuszczenia domu dziecka. – Zapytałam się, gdzie mam być przez te pół roku – wspomina. – Pracownik spojrzał na mnie i tylko poruszył ramionami – dodaje.
Na szczęście dziewczyna nie jest sama. Oprócz sióstr, które odwiedza i na których wsparcie może liczyć, ma też chłopaka. Pawła zazdroszczą jej koleżanki. Bo przyjeżdża po nią samochodem, bo ją odwozi, bo spędzają razem dużo czasu, bo widać, że ją kocha. Ich związek trwa już blisko trzy lata. Młodzi nie myślą jeszcze o ślubie, ale wspólne zamieszkanie pod jednym dachem, przebywanie z sobą 24 godziny na dobę z pewnością zweryfikuje ich uczucie.
Do lipca wiele czasu nie pozostało – wówczas Ola kończy zawodówkę. – Ale tak z perspektywy czasu uważam, że pobyt w domu dziecka dał mi wiele. Przede wszystkim wzięłam się do nauki, zaczęłam chodzić do szkoły, a nie wagarować. Poważnie myślę o swoim życiu, o tym, co będę robić – przyznaje.
Ostatnio ukończyła kurs prawa jazdy. Nieodpłatnie ufundował go Ośrodek Szkolenia Kierowców „Strażak”. – Człowiek aż chce pomagać innym, kiedy widzi jak wiele daje im to szczęścia – przyznaje Marek Twaróg, szef ośrodka. – Prawo jazdy dziś jest niezbędne. Ola ma wielkie ambicje i z całego serca życzę, aby jej życie, to w dorosłości, nie było takie, jakie do tej pory znała. Jeśli szkolenie u mnie i posiadanie prawa jazdy wpłynie na to, że znajdzie pracę, że będzie jej lepiej, to będzie mi bardzo miło, że choć troszkę pomogłem jej w starcie w dorosłość – dodaje.
– Mama nie pije już od trzech miesięcy, ojciec czasami piwko – mówi dziewiętnastolatka. – Z zasiłku ciężko się utrzymać, dlatego tak bardzo zależy mi na znalezieniu jakiejś pracy, aby po prostu żyć inaczej – konkluduje.

Łuk

P.S. To historia nastolatki z niedalekiej okolicy w naszym opolskim województwie.Wydaje mi się,że przejmująca i godna podziwu...
Życzmy Oli wytrwałości i spełnienia...
 
 
Miczka Roman
weteran forum


Wiek: 46
Dołączył: 30 Lis 2007
Posty: 134
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 14/22
 63%
Wysłany: Czw 30 Kwi, 2009 20:57   

O utraconej przyjaźni

Mała wieś; drogą przejeżdża rowerzysta. To młody chłopak, który mieszka tu w okolicy, od dłuższego czasu trenuje kolarstwo. Jest bardzo lubiany, ma wiele kolegów i koleżanek. Wszyscy oni wierzą w to, że Michał zostanie kiedyś sławnym kolarzem.

Czas szybko mijał. Minęły trzy lata, w czasie których chłopak ciężko i wytrwale trenował. Zaczął wreszcie osiągać sukcesy. Wygrał kilka wyścigów, które dały mu pewność siebie. Coraz więcej czasu poświęcał na treningi, jednocześnie coraz rzadziej spotykał się ze swoimi starymi znajomymi. Poznawał wciąż nowych, wpływowych ludzi i zapominał o tych, którzy w niego wierzyli, gdy rozpoczynał karierę. Z czasem zaczął na nich patrzeć z góry, stał się zadufany w sobie. Nie dzwonił do nich, nie odwiedzał. Minęły jeszcze dwa lata i Michał zapomniał o swoich korzeniach. Miał piękną willę, sportowy samochód. Niestety, im bardziej był sławny i bogaty, tym bardziej czuł się samotny. Zapomniał o jednej, ważnej rzeczy, że pychajest największym złem tego świata.

Czy pamiętam o swoich bliskich, ludziach, którzy byli mi życzliwi? Może gdzieś wśród codziennych spraw, w ciągłej pogoni za gotówką, zapomniałem o ojcu, matce; może nie odwiedzam nawet ich grobu. Jacy byli ci ludzie, którzy we mnie wierzyli? Co się teraz z nimi dzieje? Przyjaciele z podwórka. Razem bawiliśmy się w berka. A dziś niektórzy mają własne rodziny, inni wyjechali do wielkiego miasta w poszukiwaniu pracy, a są i tacy, którzy tragicznie zginęli w wypadku. Pamiętajmy o nich, gdy staniemy u szczytu kariery.


Marcin Melon
 
 
agger
weteran forum


Wiek: 69
Dołączył: 05 Lut 2008
Posty: 145
Poziom: 11
HP: 0/272
 0%
MP: 130/130
 100%
EXP: 3/25
 12%
Wysłany: Sro 02 Wrz, 2009 12:23   

Sprawdź,czy to cię zaciekawi...

http://interia.tv/wiadomo...681,0,1,1360436
 
 
Romano
medal za tyle postów!


Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 200
Poziom: 13
HP: 0/370
 0%
MP: 176/176
 100%
EXP: 6/30
 20%
Wysłany: Nie 11 Paź, 2009 00:18   

Najpiękniejsza sutanna

Okazuje się, że w stan najwyższego zdumienia może wprawić rzecz na pozór całkiem zwyczajna. Przekonałam się o tym jakiś czas temu, zobaczywszy... księdza w sutannie.

W sprawie noszenia - czy też nienoszenia - sutanny przez kapłanów wypowiedzieli się już na łamach "Idziemy" świecki i ksiądz. Temat okazał się ważny; może ważniejszy, niż by się w pierwszej chwili zdawało. Niech więc wolno będzie wypowiedzieć się na ten temat jeszcze głosowi żeńskiemu. Nie dla politycznej poprawności, ale dlatego że, jak napisał niedawno, również w naszym tygodniku, a propos kapłaństwa kobiet o. Jacek Salij: "kobiety zwracają często uwagę na rzeczy, których męska wrażliwość i wyobraźnia nie dostrzega".

Podjęcie tematu przez p. Tomasza Sulewskiego niezmiernie mnie usatysfakcjonowało. Podobnie jak jego argumentacja, wyczerpująca, szeroka i mająca świetne oparcie nie tylko w indywidualnym czy zbiorowym widzimisię, ale i w dokumentach Kościoła. Trudno było także nie zgodzić się z niektórymi argumentami ks. Henryka Zielińskiego, nieco łagodzącymi bezwzględny wymóg noszenia sutanny. Chociaż kiedy spróbowałam wyobrazić sobie papieża "na krótko", w białej marynarce, moja wyobraźnia się skończyła.

Ogólnie z polemiki wynika, że sutanna być powinna. A nie jest. Nie zamierzam tu wynajdować kolejnych "za" czy "przeciw", bo padło ich naprawdę sporo. Chciałabym natomiast powiedzieć, w jakich okolicznościach zdałam sobie sprawę, że sutanny jest za mało. Było to podczas rodzinnej przechadzki w parku na warszawskim Marysinie. Kiedy u wylotu głównej alei zoczyliśmy czarną postać, w pierwszym odruchu niemal przetarłam oczy ze zdumienia. Wśród tłumu spacerowiczów z dziećmi, psami i rowerami był to widok zgoła surrealistyczny.

Skutek był taki, że gdy parę chwil później zrównaliśmy się z właścicielem sutanny, spotkanie wypadło bardzo przyjacielsko. - Skąd my się znamy? - zapytał ksiądz po wymianie serdecznych powitań i zagajeń. Jak się okazało, myślał, że widocznie zetknęliśmy się dawniej na jakiejś oazie. Ale tak nie było. Wcale się nie znaliśmy. Entuzjastyczne przyjęcie w bramie parku niewątpliwie zawdzięczał sutannie. A my zawdzięczaliśmy jej przypływ nieoczekiwanej radości i energii na resztę dnia.

Skoro widok księdza w sutannie może wywołać tak silne uczucia - bynajmniej nie wrogości i odrzucenia - to chyba jednak coś tu jest nie tak. Warto się zastanowić, w czym rzecz; wszak "uczucia są przednią strażą poznania".

Być może dla wiernych świeckich to łaska Boska, że widują sutannę rzadziej niż rzadko. W końcu najłatwiej docenić to, czego nam zabrakło. Tym niemniej potrzeba powrotu sutanny "pod strzechy" wydaje się nagląca. Mam wrażenie, że powoli domyka się pętla zataczana od czasu, kiedy księża jako "wujkowie" we fłanelach zaczęli wychodzić ku młodzieży. Nie zapominajmy zresztą, że w tamtym czasie nie bez znaczenia była konspiracja. I że przynajmniej tyleż o nią chodziło, co o łapanie kontaktu z młodymi. (Nawiasem mówiąc, ci, którym to drugie dobrze szło we flaneli, w sutannie radzili sobie nie gorzej. Nie sutanna jest tym, co najbardziej może zniechęcić do kapłana, tak jak i nie jest tym, co najbardziej może ku niemu pociągnąć.) Dzisiaj chodzenie księdza "po cywilu" może się raczej wydawać mimikrą. Tymczasem nasza współczesność niezmiennie przekonuje, że to obraz jest pierwszym nośnikiem treści. Na ogół istnieje to, co można zobaczyć. A jak zobaczyć kapłana bez "umundurowania"?

Owszem, jako kilkulatkę oszołomiło mnie odkrycie, że ksiądz pod sutanną ma spodnie, ba, dżinsy! Ale było to dawno. Dzisiaj raczej nie omijam okazji, by, zobaczywszy księdza w sutannie poza "kruchtą", nie okazać mu, jak ważny, budujący i zwyczajnie miły widok jest to dla mnie, osoby świeckiej. Zwłaszcza w świecie, w którym najchętniej odmówiłoby się miejsca nawet biciu kościelnych dzwonów, nie mówiąc o krzyżyku na szyi. I wyznam, że jakoś mi nijako, gdy w odpowiedzi otrzymuję machnięcie ręką i zakłopotane: "Ach, idę dziś do biskupa".

Jeżeli mówimy o sutannie jako o odpowiedniku małżeńskiej obrączki, to która żona nie czułaby się dziwnie, gdyby mąż nakładał swoją obrączkę tylko do sypialni? Co prawda bywa i tak, że np. charakter jego pracy naraża go na utratę obrączki wraz z palcem. W takim przypadku dobrze się dzieje, gdy nakłada ją przynajmniej w czasie wolnym. Oznacza to bowiem, że nie jest mu wszystko jedno, lecz że znak wciąż dla niego znaczy. W końcu po to znaki są.

Przypomina mi się mój ulubiony wujek Januszek, który, nadając ostatni szlif swojemu przyodziewkowi, zwykł niezmiennie mawiać: "Bo, proszę państwa, najpiękniejsza koszula nie zdobi tak jak marynarka". Myślę, że nie byłoby źle, gdybyśmy, chociaż w Roku Kapłańskim, mieli więcej okazji widywania księży w sutannach. Niechby już zaraz nie zawsze i wszędzie, tylko po prostu więcej. Bardzo tego potrzeba. Bo, proszę księdza, najpiękniejsza marynarka nie zdobi tak jak sutanna. Nawet marynarka z koloratką.


Lidia Molak


Tekst pochodzi z Tygodnika "Idziemy"
 
 
daniel.a
weteran forum


Wiek: 52
Dołączył: 14 Lis 2008
Posty: 132
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 12/22
 54%
Wysłany: Nie 25 Paź, 2009 06:53   

"Kapliczka"

Przyszedł wtorek. Pomyślałam sobie, że to kolejny dzień, który nic nie wniesie w moje życie. Postanowiłam, więc wziąć rower i jechać w nieznane. Dotarłam do małej wioski. Przy jednym z domów zobaczyłam śliczną kapliczkę wraz ze zdjęciem małego dziecka. Przystanęłam na chwilę. Po chwili podeszła do mnie mała dziewczynka Maria mająca około 10 lat. Była to szczupła blondynka z niebieskimi oczami. Dowiedziałam się od niej, że ta kapliczka została zbudowana po śmierci jej malutkiej siostry Ani, która zmarła po ciężkiej chorobie.

Przez kolejne dni wywiązała się między nami przyjaźń. Dużo opowiadała mi o swojej zmarłej siostrze. Wyznała, że jest chora na taką sama chorobę, jaką miała jej siostra. Powiedziała, że w każdej chwili może To się stać. Mimo tego, spotykałyśmy się codziennie pod tą kapliczką. Jednak pewnego dnia nie przyszła. Mijały dni a ona nie przychodziła.

Po miesiącu w niedzielę poszłam tam znów z nadzieją, że ją zobaczę, ale zamiast niej zobaczyłam tam drugą kapliczkę ze zdjęciem Marii... Obok zauważyłam list skierowany do mnie napisany 17 lipca, czyli wtedy, kiedy się poznałyśmy. Otworzyłam i zaczęłam czytać: "Nasza przyjaźń jest wieczna i nie zniszczy jej nawet śmierć".


Marta



9 kwietnia...

...Dom...

...8 kwietnia 2005, godz. ok. 5 rano, spada ciśnienie krwi u córki, ma problem z oddychaniem, zwiększam przepływ tlenu, cały czas półprzytomna, ale świadoma, bo reaguje na mój dotyk, mą obecność... dzwonię do doktor do domu, budzę, i pytam się co robić, córka... słabnie. Rozmowa z doktor... trudna, drży głos, bo myśli biegną do córki, do jej życia... Decyzja... erka, respirator, i pytanie, jak długo, czy dom, cisza, spokój, czekanie na "Wykonało się..." ? Rozmowa... i łzy. Pytanie "Dlaczego, Boże... dlaczego to dziś, dziś pogrzeb Ojca Świętego... a mnie boli bardziej, bo zabierasz też i mą córkę...?". ...podjęłam decyzję ...zostajemy w domu, koniec z rurkami, z reanimacją, teraz dam jej ciszę, spokój, dam jej ostatnie tchnienie mej miłości, tak nie wiele czasu wszak nam zostało. Za poleceniem lekarza z hospicjum, odłączam wszystkie leki, żywienie pozajelitowe... zostaje tylko pompa morfinowa, i to już na ciągłym wlewie, i małe stężenie. I zostaliśmy tylko my... Ania i dom...

...9 kwietnia... wiosna... kwiaty budzą się do życia... pod błękitnym niebem skowronek śpiewa psalm ku życiu, a... Ania w ciszy odchodzi, uśmiechnięta, bo otrzymała to, co najcenniejsze, naszą miłość i ciszę w tych ostatnich dniach swego życia. Odeszła spokojna... a ja... zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Otrzymałam od Boga 9 lat temu DAR, miałam nim się opiekować, pielęgnować Go, kochać... i musiałam o jednym tylko pamiętać....to nie było moje, tylko należało do Boga. Miałam ten DAR 9 lat... to wspaniałe lata, mimo cierpienia, bólu, wyrzeczeń... to lata miłości...

Bóg dał i Bóg zabrał... Jego Wola, nie moja, ani nie lekarzy, tylko... Jego.

"Nie bój się, gdy umrzesz w drzwiach do Krainy Życia - szeptał Anioł Śmierci.
- Tak się narodzisz na zawsze...".

...to był dobry wybór - śmierć Ani w domu. Mogła w tym uczestniczyć cała rodzina. Było tak cicho, spokojnie, bez pośpiechu, szarpaniny. Każdy miał czas i miejsce na płacz, na modlitwę. Byliśmy tylko w domu my i Ania. Gdy Ania umierała cały czas trzymałam jej rączkę w mojej dłoni - to był ostatni dotyk Ani...

Miałam czas na pożegnanie się z Córką, utulenie Jej przed ostatnią podróżą. Był czas na ubranie, pielęgnowanie i z takim namaszczeniem to robiłam. Nikt nas nie poganiał, nie krzyczał, nie wyganiał. To my byliśmy w tym miejscu i w tym czasie najważniejsi. Wszyscy liczyli się z naszym głosem, łącząc się w naszym bólu.

Ania do końca była otoczona miłością i ciepłem, bez pikania aparatów, kabli, rurek. Te chwile stały się takie intymne. To ode mnie zależało kiedy Zakład Pogrzebowy zabierze Anię do kaplicy. Decydowałam sama, bez narzucania czyjeś woli. I wiem, że śmierć w domu dla Ani, i dla innych dzieci nieuleczalnie chorych jest nagrodą za ich ciężkie i trudne lata choroby, często w ogromnym cierpieniu. Im się to od nas - dorosłych należy.

Trudno jest rodzicom pogodzić się ze śmiercią dziecka, każda matka do końca jeszcze walczy. Ja też taka byłam. Trzeba jednak wziąć pod uwagę dobro dziecka, uszanować Jego zdanie i wolę. Niech Ono raz zadecyduje w tym chyba najważniejszym momencie i wyborze swego życia. Pozwólmy, żeby nasze Dziecko, na ile umie mówić, zadecydowało o miejscu swej śmierci. Posłuchajmy się tylko ten jedyny raz, a zobaczymy, że warto. Moja Córka sama zadecydowała i dokonała wyboru i teraz wiem, że był to słuszny wybór.

Dzięki temu przeżyliśmy śmierć wszyscy razem, na naszych oczach dokonała się ta wielka Tajemnica.

Aniu... to dla Ciebie, wiersz od Izy, pisarki od Aniołów

Promyczek Mały Aniołku, odwiedzasz nas wtedy,
ilekroć dotykamy Ciebie myślami.
Zjawiasz się nagle, jak promyk łaski,
by uanielić nas swymi skrzydełkami.

Poznaliśmy Twoje imię, córeńko,
gdy po raz pierwszy Bóg posłał Cię na ziemię,
byś uświęciła nas swą obecnością
i zapewniała o istnieniu Aniołów w Niebie.

Maleńka światłości, cząsteczko Boga,
Aniu, niebiański Aniele,
święta Boża kruszyno
- w nasze życie, radości wniosłaś tak wiele.

autorka: Iza Marciniak
 
 
Romano
medal za tyle postów!


Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 200
Poziom: 13
HP: 0/370
 0%
MP: 176/176
 100%
EXP: 6/30
 20%
Wysłany: Pią 13 Lis, 2009 22:39   

Świadectwo Teresy:

Pielgrzymka do Medjugorie jest niewątpliwie .... ogromną łaską dla osoby, która weźmie w niej udział. Ufam, że Matka Boża każde dziecko, które chce obdarzyć swoim pokojem zaprosi indywidualnie. Tak było w moim przypadku ( poznałam też wiele osób, które miały podobne spostrzeżenia)
Pierwsza moja pielgrzymka miała miejsce w lipcu 2001roku czyli krótko po obchodach dwudziestej rocznicy objawień.
W sierpniu 2000 roku brałam udział w pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Na jednym z etapów w czasie przerwy na odpoczynek, jedna z uczestniczek nawiązała ze mną rozmowę. Głównym tematem były pielgrzymki do Sanktuariów Maryjnych. Po ustaleniu gdzie byłyśmy a gdzie jeszcze powinnyśmy dotrzeć, z ust mojej rozmówczyni padło pytanie: co sądzę o Medjugorie? Odpowiedziałam: może kiedyś się wybiorę. Tak naprawdę to chciałam uciąć rozmowę gdyż w tym momencie nie posiadałam wiedzy na ten temat. Wiedziałam tylko tyle: były jakieś objawienia , których Kościół jeszcze nie potwierdził.
Pielgrzymka się skończyła nawet zanotowałam sobie nr telefonu do Pani Małgosi ( tak miała na imię) ale jakoś czas leciał a ja miałam świadomość , że dzieli nas 70 km i to chyba nie jest dobry pomysł na” koleżankę”. W moim życiu następowały kolejne zakręty: w pracy totalna klapa, pieniędzy już nie wystarczało na bieżące opłaty i najlepiej co w tym momencie nam wychodziło to kłótnie małżeńskie. Próbowaliśmy ustalić kto jest odpowiedzialny za ten stan rzeczy i nie udało nam się porozumieć. Zaczął się potęgować mój strach i niepokój o naszą przyszłość. Nie widziałam żadnego sensownego rozwiązania. Kiedy życie nie dostarczało mi radości tylko samą gorycz, odkryłam guza piersi o wymiarze 56 mm. Byłam tak zmęczona i rozczarowana życiem więc wydawało mi się , że to może jest dobre rozwiązanie moich problemów. Postaram się dobrze przygotować do śmierci i uwolnię się od tej życiowej bezsilności. O mojej chorobie opowiedziałam tylko dziewiętnastoletniej córce . nie chciałam niepokoić rodziców ani wyczerpanego psychicznie męża.
Właśnie w chwili kiedy tak po ludzku wszystko straciło sens-zadzwoniła moja komórka i odezwała się Pani Małgosia: u nas w parafii organizują pielgrzymkę do Medjugorje i pomyślałam, że mogłybyśmy pojechać tam razem. Byłam zaskoczona i zapytałam : skąd pani ma nr mojego telefonu kom? Usłyszałam wyjaśnienie : znałam imię i wiedziałam, że O. Franciszkanie z Góry Św. Anny kontaktowali się z panią w sprawie organizowania pieszej pielgrzymki więc zadzwoniłam do nich . Tam się okazało, że tym numerem przypuszczalnie dysponuje O. Emilian , który aktualnie jest na studiach w Lublinie. Poprosiłam o namiary na Ojca i przy kolejnej próbie udało mi się ustalić numer telefonu. Byłam wzruszona i czułam ,że zaczyna się w moim życiu dziać coś nieprzypadkowego. Nieśmiało zapytałam o cenę (miałam świadomość, że na ten czas nie dysponuje wolną złotówką) – kolejne zaskoczenie – padła cena i równocześnie zapewnienie, że” ja to zapłacę a pani mi odda w dniu wyjazdu”. W takich okolicznościach nie miałam argumentu aby odmówić. Skoro kobieta, która zna tylko moje imię i nr telefonu kredytuje moją pielgrzymkę, to na pewno stoi za tym Opatrzność Boża. Uznałam, że pojadę i spróbuję się w tym czasie przygotować się do znoszenia skutków choroby. Uznałam, że skoro ten guz tyle czasu rósł sobie bez większych dolegliwości to jeszcze poczekam 2 miesiące z zabiegiem a po powrocie niech się dzieje Wola Boża. Przy pomocy rodziny zgromadziłam potrzebne środki finansowe i jak dobrze pamiętam 02.07.2001 roku wsiadłam do autokaru , który , przez 28 godzin nieustannie zmierzał do Królowej Pokoju. Małgosia ustaliła, że prościej będzie jak zaczniemy zwracać się do siebie po imieniu. Ani przez chwilę nie brakowało tematów do rozmowy miałam wrażenie, że znamy się całe życie. W autokarze usłyszałam , że Matka Boża od dwudziestu lat objawia się codziennie o tej samej porze w Medjugorje. Byłam zaskoczona, że objawienia jeszcze trwają. Część uczestników pielgrzymowała kolejny raz, pozostali mieli niesamowitą wiedzę na temat wydarzeń jakie miały tam miejsce. Trudno było mi zrozumieć jak to się stało, że ” taki osioł jak ja znalazł się w tej grupie” Długo mogłabym opowiadać o wszystkim co mnie tam spotkało ale najbardziej zapamiętałam chwilę kiedy uklękłam przed figura i zamierzałam wyrazić swoją prośbę, która brzmiała mniej więcej tak: Sama najlepiej wiesz jak jestem chora i zagubiona jeśli mam cierpieć i umrzeć to dodaj mi sił abym godnie przez to przeszła. Za rok moja córka wychodzi za mąż i na pewno byłoby jej smutno jeżeli nie mogłabym jej w tym dniu towarzyszyć. Jeśli chcesz daj mi szansę a postaram się nie zawieść. W tej chwili z moich oczu popłynęły strumienie łez i czułam jak wraz z nimi spływa cały lęk i strach i wraca nadzieja, radość i spokój. Tego uczucia nie da się wyrazić słowami. Po powrocie udałam się na badanie kontrolne no i oczywiście miałam ustalić termin zabiegu. Badania nie potwierdziły wcześniej istniejącego guza wywołały zdziwienie lekarza i moją radość. W tej chwili zrozumiałam, dostałam szansę o która prosiłam. Matka Boża w osobie Małgosi zaprosiła mnie do siebie aby podarować mi drugie- lepsze życie, aby uleczyć moją zgubioną i skołataną duszę. Stopniowo zaczęły się prostować moje poplątane życiowe ścieżki. Od tego wydarzenia minęło prawie osiem lat i sześciokrotnie wracałam do Medjugorje. Nie skończyły się problemy w moim życiu ale zmieniło się moje podejście do nich. Wiem, że cokolwiek wydarzy się w moim życiu to Pan Bóg wie o tym i razem ze Swoją Matką – jeśli z ufnością się zwrócę, zaradzi moim smutkom i cierpieniom. Każdy wyjazd przynosił kolejne pozytywne zmiany w moim życiu i mojej rodziny. Poznałam wielu przyjaciół, którzy są dla mnie Prezentami od Matki Bożej z Medjugorje. W trudnych chwilach zawsze mogę liczyć na ich modlitwę wstawienniczą i wsparcie. To niesamowite w jaki sposób Matka Niebieska potrafi odnaleźć i wyciągnąć z życiowego dołka swoje zagubione dziecko...... Do dzisiaj Małgosia jest moją serdeczną przyjaciółką i w niczym nie przeszkadza nam ta 70 kilometrowa odległość. Nie wiem jak wyglądałoby dzisiaj moje życie gdyby nasze drogi na chwilę nie spotkały się 8 lat temu. Medjugorje różni się od pozostałych Sanktuariów Maryjnych, które miałam radość odwiedzić tym , że są to miejsca gdzie Matka Boża kiedyś była a w Medjugorje CI¡GLE JEST. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do autentyczności tych objawień. Duży wpływ na moje nawrócenie ma niewątpliwie Pani Danusia , która do Królowej Pokoju pielgrzymowała już prawie 150 razy i za każdym razem ubogaca program swoją wiedzą - czyniąc z każdej pielgrzymki - niepowtarzalne rekolekcje w drodze.


Wdzięczna za odzyskany pokój i zdrowie Teresa

Dopisek:
(Samo słowo pielgrzymka w powyższym świadectwie oznacza wyjazd z grupą modlitewną, tzw. rekolekcje w drodze, a nie w ścisłym kościelnym znaczeniu)
 
 
daniel.a
weteran forum


Wiek: 52
Dołączył: 14 Lis 2008
Posty: 132
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 12/22
 54%
Wysłany: Czw 07 Sty, 2010 21:47   

Pewien profesor historii zdobił zwykle swe wykłady takimi uwagami: "Księża są do niczego!
Od wieków nienawidzili oni wiedzy, sztuki, a kochali zawsze wstecznictwo i ciemnotę".
Raz po wykładzie przyszedł do niego student, dobry i zdolny chłopiec, który nie dał się łatwo zbić z tropu. - Panie profesorze - rzekł - czy nie byłby pan tak dobry rozwiązać mi kilka wątpliwości, które mną owładnęły od chwili, gdy słucham pańskich wykładów?
- Dlaczego nie, kochany przyjacielu! Bardzo chętnie! O cóż to chodzi? - Tylko kilka pytań, panie profesorze! Kto zachował nam dzieła starych klasyków? W jaki sposób nie zginęły one, gdy za czasów średniowiecza barbarzyństwo zalało cały świat kulturalny? - Mnisi poodpisywali je w swych klasztorach i tym sposobem zdołali je uratować. - Mnisi? - Tak, mnisi, zwłaszcza benedyktyni.
- Ach te klechy! Więc to oni po odpisywali stare kodeksy i w ten sposób dla nas je uratowali! Musiała to być wielka i żmudna praca? No i naturalnie niejeden nabawił się suchot wśród pyłu bibliotecznego? Nie inaczej! Prawda, to było jeszcze wtenczas, gdy głowy panujące nie umiały się nawet podpisać? Dziwne, zaiste, czasy! I dziwni, zaiste, ci mnisi, że mieli ochotę przepisywać literę po literze z Liwiusza, Cezara, Cycerona, Wirgiliusza itp.
A jak te kodeksy wyglądają? Starannie pisane, jak malowane, a inicjały - to istne dzieła sztuki! Przemierzłe klechy! Po chwili znów drugie pytanie: - Czy to prawda, że bez nich nie mielibyśmy także Kolumba ani Vasco De Gama? Pewien bowiem mnich, niejaki Fra Mauro, jak powiadają, narysował w roku 1450 ową sławną mapę, którą następnie posługiwał się Kolumb.
- Tak, to prawda, ale taka mapę mógłby narysować także kto inny. - To się rozumie! Dlaczego by tylko klechom miały przychodzić takie pomysły?
- Czytałem też, panie profesorze, że zamiast niezgrabnych rzymskich cyfr, pewien papież wprowadził w arytmetyce cyfry arabskie. - Papież Sylwester II. Byłby to uczynił kto inny! Cóż, kiedy papieże zawsze i wszędzie naprzód się pchali!
- Powiadają także, iż lunetę i teleskop też jakiś ksiądz wynalazł. Lecz może to nieprawda? Księża zawsze lubią przyswajać sobie różne rzeczy!
- Nie, to prawda. Franciszkanin Roger Bakon wymyślił te instrumenty. - A, to przeklęty Bakon! Kiedy on żył właściwie? - Umarł w roku 1294. - Był wcześnie już postępowym, prawda?
- A jeszcze coś! Wszak to ksiądz pierwszy udowodnił, że słońce stoi, a ziemia się obraca? - Tak, Mikołaj Kopernik.
- Przepraszam pana profesora. Dlaczego nazywają wiek, w którym wiedza, sztuka i literatura najwięcej kwitły, złotym wiekiem Leona X?
- Bo papież Leon X był prawdziwym protektorem uczonych, artystów owego czasu. - Co, papież protektorem cywilizacji?
- Ej, zdaje mi się, mój chłopcze, że sobie ze mnie kpisz! - Skądże! To wszystko są tylko wątpliwości, nieznośne wątpliwości! Chętnie bym klechom chciał przypiąć łatkę, że są i byli zawsze wstecznikami, lecz te wątpliwości nie dają mi spokoju.
Czy prawda, panie profesorze, że pierwsze szkoły ludowe bezpłatne stworzył de la Salle?
- Tak jest, Francuz de la Salle! - Ksiądz? - Ksiądz!
- I że pierwszym, który się zajął głuchoniemymi, był Hiszpan ksiądz Pedro de Ponce, a po nim de l'Epée?...
- Niech się pan nie gniewa, panie profesorze! Cóż ja temu winien, że klechy w historii nie dają mi spokoju? Czytałem jeszcze i to: nie dość, że mnich Bertold Szwarz wynalazł proch, mnich Guido d'Arezzo - skalę i podstawowe reguły nauki o harmonii, mnich Tegeruss w Bawarii około roku 1000 malarstwo na szkle, jezuita Cavalieri (1747) polichromię, jezuita Secchi - analizę spektralną...
- Dosyć, do pioruna! Widzę teraz dobrze, że sobie ze mnie kpisz! -

Prawda, prawda! - pierwszy piorunochron nie został wynaleziony przez Franklina, lecz zrobił to już w roku 1754 mnich Premonstratensów proboszcz Prokop Divisch! O tym wspomina nawet Kürschner w leksykonie konwersacyjnym!
- Milcz, gaduło! - Największym znawcą językowym naszych czasów był kardynał Mezzofanti! - Ty wsteczniku! - O nie! Największym wstecznikiem był najsławniejszy paleograf XIX wieku, kardynał Mur.
- Dosyć tych głupstw! Zaraz mi się wynoś! - A w którym kierunku? Może to panu powiedzieć: diakon Flavio Gioia. On znacznie ulepszył kompas już w roku 1300!
- Tyś całkiem oszalał i masz rozpaloną głowę! - Jeśli bym się zapalił, to musiałaby przybyć sikawka, by gasić pożar! Sikawki wprowadzili najpierw biali mnisi cystersi, a paryscy kapucyni byli aż do XVII wieku strażakami ogniowymi w Paryżu!
- Jeśli nie zamilkniesz, to wylecisz! - Może w przestworza powietrzne? Prawda! Pierwszy balon wynalazł jeszcze na 60 lat przed Montgolfierem mnich Bertold Gusman, który w roku 1720 wobec całego dworu portugalskiego wzbił się w powietrze.
- Czego pan szuka, panie profesorze? Okularów? - To także wynalazek księży! Okulary wynalazł w trzynastym stuleciu dominikanin Aleksander Spina!
Czy pan się tak spieszy, że spogląda na zegarek? Zegarek to również wynalazek księży! Pierwszy zegarek mamy od kronikarza kościelnego Kassiodora (505 r.), ulepszył go Gerbert, późniejszy papież Sylwester II.

Pierwszy zegar astronomiczny sporządził opat Ryszard Wallimford w roku 1316. No, ale teraz już idę! Palą się gazowe lampy.
Jeszcze tylko słówko, panie profesorze!
Pewnie pan wie, że światło gazowe wynaleźli jezuici. Z całą pewnością wynaleźli je jezuici! I w roku 1794 wprowadzili najpierw w Stonyhurst w Anglii, a jezuita Dunn otworzył w roku 1815 w Preston pierwsze towarzystwo gazowe.
Do widzenia, panie profesorze! Co, rower także pan ma? Przedmiot ten wynalazł także ksiądz Pinaton, który już w roku 1845 jeździł na dwukołowcu!... - Przepraszam jeszcze raz! Lecz prawda zostanie zawsze prawdą i tylko prawdę powinien głosić badacz historii!
 
 
Włodek Lubański
medal za tyle postów!


Wiek: 69
Dołączył: 09 Cze 2006
Posty: 548
Poziom: 21
HP: 0/996
 0%
MP: 475/475
 100%
EXP: 30/56
 53%
Wysłany: Czw 04 Lut, 2010 07:58   

Swiadectwo Panii Marii Wośko,której córka została uzdrowiona...
Jak zawsze czekam na zaproszenie od Krolowej Pokoju.Tym razem chce jej podziekowac za nowe zycie i zdrowie dla mojej corki Faustynki.Kiedy miala 10 lat dostala wodoglowia pourazowego.Chlopcy grali na sali gimnastycznej w pilke nozna,ona z kolezankami siedziala na lawce i nagle pilka trafila ja w glowe.Potem podwojne widzwnie,badania i operacja.Dali jej zastawke wysokocisnieniowa do odprowadzenia plynu.Bylo wszystko dobrze .Byla ze mna i mezem w Medjugorje...az poki nie urosla.Ma teraz 20 lat i rurka ktora byla podlaczona do otszewnej stalasie za krotka i sie wymknela.Wymioty,bole glowy,podwojne widzenie..,a ja w tym czasie pracuje w Niemczech i niema kto mnie zastapic.Trafila do szpitala we Wroclawiu.Operacia.Po operacii nie mogli ja obudzic ,3 dni nie przytomna .Druga operacja na glowie.Zostala obudzona,okazalo sie ,ze podwinela sie hirurgowi rurka,co grozilo jej smiercia.Po tygodniu te same objawy...
Ja w Niemczech,moj maz w Polsce i wsystkie nasze dzieci i kolezanki,goraco sie modlilismy proszac o zdrowie dla corki.Przyszla do mnie Niemka Pani Majka i pytasie dla czego jestem smutna.Rozplakalam sie i opowiedzialam jej wszystko.A ona do mnie,ja tez bede sie modlic ,bedzie wszystko dobrze zobaczysz.Tu w Oldenbutgu jest najlepsza klinika neurologiczna w Europie corka musi tu przyjechac...Ale jak ,ona niema ubezpieczenia,bede musiala ja zaplacic za operacie,a mnie nie stac,to duzo pieniedzy.A po druge ona jesst nadal w szpitalu.I znowu modlitwy.Dzwonie do meza,maz mowi nie jest z nia dobrze ,glowa ja bardzo boli ,bierze tabletki bardzo mocne,a lekarz mowi ze po raz trzeci operowac jest niebezpiecznie -3op w ciagu jednego miesiaca,to za duzo i jusz nie wie gdzie by mial wlozyc trzeca zastawke jusz na glowie niema miejsca,a stare nie moze wyzucic bo to grozilo by smiercia...

Sytuacja ,praktycznie,beznadziejna.I znowu modlitwy i prosby do Matki Bozej.Matusiu,czyz by zapomnialas jak Faustynka bedac w Medjugorje na Gorze Objawien sciagnela buciki i po ostrych kamieniach chodzila na boso przez ok 2 godz,raniac sobie nozke do krwi,bo powiedziala,ziemia tu jest swieta,bo Matka Boza tu przychodzi.Ja nie odwazylam sie sciagnoc obuwia bo balam sie bolu.Matusiu to dziecko potrzebuje Twojej pomocy,my jestesmy bezradni.Na obiad przyszedl syn szefa i powiedzial,ze wraca z Oldenburga,rozmawial z hirurgiem,on powiedzial natychmiast tu ja przywiesc.Dzwonie do meza,on powiedzial ze sostala wypisana ze szpitala i jutro beda u mnie.Badanie tomografem wykazalo bardzo duze cisnienie wewnatrzczaszkowe,musi byc operowana natychmiast,stare zastawki wyrzucimy i damy nowa,niemiecka- powiedzial i tak zrobil.Dzis Fausia jest zdrowa,To MB dziekuje ze tak wszystko dobrze poukladala,ze wspanialych ludzi postawil.C.d.n.
_________________
"Możemy być tylko tym, kim jesteśmy, nikim więcej i nikim mniej."
T. Goodkind
Ostatnio zmieniony przez Włodek Lubański Czw 04 Lut, 2010 08:21, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,61 sekundy. Zapytań do SQL: 14