Gdy wejdziesz do kościoła, popatrz na naszą ambonę. Są tam przedstawione postacie wszystkich czterech Ewangelistów i charakterystyczne ich atrybuty:
Mateusz – twarz ludzka, Marek – lew, Łukasz – byk, Jan – orzeł.
Co do pierwszego pytania, które na początku zadałem. Ks. prob. Bernard Bartoszek zapisał w Kronice:
„Dnia 25 kwietnia odbyła się podniosła i rzadka uroczystość. Poświęcenie kamiennej figury św. Marka Ewangelisty, którą sprawił dla tutejszego kościoła parafianin Lapczyna Józef z małżonką Katarzyną, na pamiątkę swojego zmarłego syna, śp. Teodora Marka, jedynaka, który swoją śmierć przepowiedział, a przed swoją śmiercią wszystko co dotyczyło jego pogrzebu i spadku rozporządził. Działo się to 21 lutego 1957 roku, czego świadkiem był słowa te piszący.” (czyli ks. Bartoszek)
Prawda, że tajemniczo? Wspomniany Teodor Marek miał w chwili śmierci 31 lat, był kawalerem. Lapczynowie mieszkali wówczas na ulicy Powstańców Śl. 6 (obecnie to plac pomiędzy posesjami Cichoń i Plosczyca). Teodor Marek jako 18-letni chłopak trafił pod koniec II wojny światowej na front wojenny. Nie długo wojował, bo wkrótce trafił do niewoli rosyjskiej. Na Drezno, gdzie był przetrzymywany, spadły wówczas amerykańskie bomby fosforowe. Zginęło wiele tysięcy ludzi.
Teodora Marka, wraz z innymi jeńcami, przydzielono do wywożenia rozkładających się ludzkich ciał do zbiorowych mogił znajdujących się na obrzeżach miasta.
By „grabarze” nie podzielili losu zabitych, pojono obficie tych młodych chłopców, w celach dezynfekcyjnych, rosyjskim samogonem, co odbiło się poważnie na ich późniejszym zdrowiu. Wytrzymali jednak!
Uwolniony w końcu z niewoli Teodor Marek z radością wracał do rodzinnego domu i ukochanej Straduni. Tu czekała go niemiła niespodzianka. Polskie Służby Bezpieczeństwa, podejrzewając przynależność Teodora Marka do formacji SS w czasie II wojny światowej, skierowały go do przymusowej pracy w kopalni „Knurów”. Nie była to praca dla młodego chłopca o wątłym zdrowiu (Teodor Marek miał od urodzenia wadę serca). Późniejsze niedomagania zdrowia były zapewne konsekwencją jego wcześniejszych przeżyć.
Po powrocie do domu, pomimo postępującej choroby, pracował na kilkunastohektarowym gospodarstwie swoich rodziców, nie tracąc wewnętrznej radości życia. Pięknie grał na akordeonie. Nie opuścił żadnej wiejskiej zabawy, czy imprezy. Nie zabrakło go na żadnym „poltern abend”. Niestety, zapewne astma albo rozwijająca się rozedma płuc sprawiły, że coraz trudniej było mu się poruszać.
Już na początku 1957 był świadom, że zbliża się koniec. W ostatnich dniach swojego życia pożegnał się z kolegami, zarządził co do swojej śmierci, a zaopatrzony na przejście w inny świat przez ks. Bartoszka – odszedł. Rodzice utracili w nim wszystko. Postanowili wówczas ufundować kamienną rzeźbę św. Marka, która za zgodą księdza proboszcza stanęła przy frontonie naszego kościoła.
W kamiennym posągu uczczony został św. Marek Ewangelista i uczczone zostało życie pewnego młodzieńca ze Straduni.